Dalie są piękne, ale nie znoszą zimna. Wystarczy lekki przymrozek, żeby ich liście i łodygi straciły wygląd, a rabata nagle zrobiła się pusta i ponura. Nie spieszę się jednak z wyrzucaniem roślin ani z porządkowaniem wszystkiego tego samego dnia. Pod ziemią wciąż mam to, co najcenniejsze, czyli bulwy, z których wiosną wyrosną nowe, mocne pędy.

WIDEO

player placeholder

Przez lata nauczyłam się, że wykopywanie dalii nie jest trudne, ale wymaga spokoju. Nie warto szarpać za łodygi, odkładać bulw do wilgotnej piwnicy ani zamykać ich w szczelnym worku. Wystarczy kilka prostych kroków, żeby nie pleśniały zimą i dobrze wystartowały, gdy znów przyjdzie czas sadzenia.

Przymrozek daje mi znak, ale nie chwytam od razu za łopatę. Te kilka dni robi różnicę!

Gdy pierwszy przymrozek zetnie nadziemną część dalii, liście robią się ciemne, wiotkie i wyglądają tak, jakby roślina całkiem przepadła. To normalne. Mróz uszkadza zielone części, ale bulwy ukryte w ziemi zwykle pozostają bezpieczne, o ile temperatura nie spadnie mocno poniżej zera i nie utrzyma się przez wiele dni. Ja traktuję taki przymrozek jako sygnał, że pora przygotować się do wykopywania.

Zobacz także:

Najczęściej czekam dwa lub trzy dni, aż łodygi wyraźnie zwiędną. Dzięki temu roślina kończy sezon, a ja łatwiej widzę, które pędy są już do usunięcia. Nie przeciągam jednak tej pracy zbyt długo. Gdy zapowiadane są silniejsze mrozy albo ziemia robi się bardzo mokra od deszczu, zabieram się za dalie przy najbliższej suchej pogodzie. Mokra gleba oblepia bulwy, trudniej ją usunąć, a później rośnie ryzyko gnicia podczas przechowywania.

Zanim zacznę, przygotowuję sekator, widły amerykańskie albo szerokie widły ogrodowe, rękawice, skrzynki i kilka papierowych toreb. Przydają się też etykiety oraz marker. To drobiazg, ale naprawdę warto opisać odmiany od razu. Jesienią wszystkie bulwy wyglądają podobnie, a wiosną łatwo zapomnieć, która dalia była niska, która miała ogromne kwiaty, a która kwitła najdłużej. Ja zapisuję nazwę odmiany, kolor oraz wysokość rośliny. Dzięki temu później rozsądniej planuję rabaty.

Łodygi ścinam na wysokości mniej więcej 10 centymetrów nad ziemią. Nie zostawiam długich, rozlatujących się pędów, bo tylko przeszkadzają podczas wykopywania. Nie ścinam też ich tuż przy samej bulwie. Krótki kawałek łodygi ułatwia później rozpoznanie miejsca, z którego roślina będzie wypuszczała nowe pędy. To właśnie tam wiosną pojawiają się oczka, bez których nawet duża, zdrowa bulwa nie da nowej dalii.

Bulwy dalii wykopuję szeroko, bo najwięcej szkody robi pośpiech. Jedno nieostrożne wbicie wideł może kosztować całą kępę!

Wiele osób łapie za pozostałą łodygę i próbuje wyciągnąć roślinę z ziemi. Ja tego nie robię, bo wtedy bardzo łatwo urwać szyjkę bulwy albo uszkodzić jej delikatne połączenia. Wykopuję dalie szeroko, mniej więcej 20 do 30 centymetrów od środka kępy. Wbijam widły głęboko, lekko podważam ziemię i dopiero wtedy ostrożnie unoszę całość od spodu. Przy dużych odmianach kępa potrafi być naprawdę ciężka, więc podtrzymuję ją drugą ręką.

Po wyjęciu nie otrzepuję bulw agresywnie o ziemię i nie uderzam nimi o krawędź skrzynki. Strząsam tylko największe bryły podłoża, a resztę zostawiam do lekkiego przeschnięcia. Gdy ziemia jest sucha, sama łatwo odpada po kilku godzinach. Gdy przykleja się mocno, delikatnie usuwam ją palcami albo miękkim pędzelkiem. Nie myję bulw pod bieżącą wodą, chyba że są wyjątkowo zabrudzone i nie jestem w stanie obejrzeć ich stanu. Woda przed zimowym przechowaniem często przynosi więcej problemów niż pożytku.

Każdą kępę dokładnie oglądam. Odcinam cienkie, zasuszone korzenie, usuwam uszkodzone fragmenty i wyrzucam bulwy miękkie, śliskie, bardzo pomarszczone albo z ciemnymi, mokrymi plamami. Nie żal mi takich sztuk, bo jedna gnijąca bulwa potrafi zarazić resztę w skrzynce. Zdrowa bulwa powinna być twarda, pełna i mieć nieuszkodzoną szyjkę. Gdy widzę niewielkie skaleczenie po widłach, posypuję je sproszkowanym węglem drzewnym albo zostawiam do dokładnego obeschnięcia. Nie chowam od razu świeżo wykopanych dalii do pojemników.

Nie dzielę też wszystkich kęp jesienią na siłę. Jeżeli bulwy są mocno splecione, a ja nie widzę wyraźnie oczek przy szyjce, zostawiam je w całości. Wiosną, kiedy zaczną lekko budzić się do życia, łatwiej dostrzec miejsca, z których wyrosną pędy. Wtedy dzielenie jest bezpieczniejsze. Jesienią rozdzielam tylko te fragmenty, które same odchodzą bez szarpania i mają własny kawałek szyjki z oczkiem.

Krótko przesuszam dalie, a potem chowam je tam, gdzie nie ma wilgoci. Zimą zaglądam do nich częściej, niż myślisz!

Wykopane bulwy rozkładam pojedynczą warstwą w przewiewnym, zadaszonym miejscu. Może to być suchy garaż, altana bez przecieków, zabudowany taras albo chłodne pomieszczenie gospodarcze. Nie zostawiam ich na dworze, gdy noce są zimne, i nie suszę przy kaloryferze. Zbyt wysoka temperatura szybko je pomarszczy, a wilgotne, zimne miejsce sprzyja pleśni.

Zwykle wystarczą mi dwa lub trzy dni lekkiego przesuszenia. Łodygi i resztki ziemi mają wtedy czas obeschnąć, ale bulwy nie tracą jeszcze jędrności. Układam je łodygami skierowanymi w dół, żeby ewentualna wilgoć nie zostawała przy szyjce. Kiedy są suche w dotyku, przenoszę je do skrzynek. Na dno wsypuję suchy torf, trociny, wióry drzewne albo piasek. Dobrze sprawdza się także zwykły papier pakowy, którym oddzielam większe kępy. Nie używam folii ani szczelnych plastikowych pudełek, bo brak powietrza to prosta droga do gnicia.

Skrzynki ustawiam w miejscu chłodnym, ale zabezpieczonym przed mrozem. Najlepiej, gdy temperatura utrzymuje się mniej więcej od 4 do 8 stopni. Piwnica może być dobra, ale tylko sucha i przewiewna. W ciepłej kotłowni bulwy zaczną zbyt wcześnie wypuszczać pędy. W bardzo wilgotnej piwnicy pokryją się nalotem. Ja wybieram chłodny schowek, gdzie nie ma ostrego światła i gdzie mogę bez problemu zajrzeć co kilka tygodni.

Kontroluję dalie mniej więcej raz w miesiącu. Gdy jakaś bulwa robi się miękka lub pojawia się na niej pleśń, od razu ją wyjmuję, żeby nie zaraziła sąsiednich. Z kolei mocno pomarszczone bulwy delikatnie przykrywam odrobiną lekko wilgotnego torfu, ale robię to oszczędnie. Nie chcę ich moczyć, tylko ograniczyć dalsze wysychanie. Taka regularna kontrola zajmuje chwilę, a oszczędza mi przykrego widoku pustych skrzynek pod koniec zimy.

Wiosną wyjmuję przechowane kępy, oglądam je jeszcze raz i sadzę dopiero wtedy, gdy minie ryzyko przymrozków. Dzięki temu nie kupuję co roku nowych sadzonek, a moje ulubione dalie wracają na rabaty jeszcze piękniejsze. Wystarczy, że po pierwszym przymrozku nie potraktujesz ich jak jednorocznych kwiatów. Pod ziemią czeka zapas na kolejny sezon, trzeba tylko dobrze go ochronić.


Czytaj także: