Żyjemy w epoce, w której pielęgnacja twarzy przestała być intymnym, wieczornym rytuałem, a stała się polem bitwy o idealną cerę. Z każdej strony atakują nas obietnice nowatorskich formuł, wieloetapowe schematy i internetowe trendy, które nierzadko wykluczają się nawzajem. Raz testujemy kosztowne szczoteczki soniczne, innym razem, w akcie pielęgnacyjnej desperacji, rezygnujemy z kosmetyków w ogóle, przemywając twarz wyłącznie wodą. Zapominamy jednak o najważniejszym – o fizjologii. Zanim wydamy fortunę na kolejne serum, musimy przyjrzeć się fundamentom. To właśnie błędy popełniane nad umywalką najczęściej stoją za trądzikiem, szorstkością i przedwczesnym starzeniem. 

WIDEO…

player placeholder

Pułapka „samej wody” i przetiktokizowana pielęgnacja

Kiedy nasza cera się buntuje, często szukamy ukojenia w ekstremach. Jednym z nich jest powracający jak bumerang trend całkowitej rezygnacji z mycia twarzy i przemywanie jej samą wodą. Zwolenniczki tej metody wierzą, że woda wystarczy, by skóra mogła się „zresetować”. Kosmetolożka nie pozostawia jednak złudzeń.

– To jest bardzo zniuansowana sprawa, której źródłem jest przetiktokizowanie pielęgnacji – diagnozuje Elżbieta Żywiczyńska. – Skóra bombardowana co rusz nowością kosmetyczną, częstymi zmianami produktów i trendami, z pominięciem jej podstawowych potrzeb, z czasem po prostu odmawia współpracy. Tyle że pominięcie mycia usuwa jeden, potencjalnie drażniący czynnik na chwilę. Brak mycia nie dotyka przyczyny problemu. Wracasz do ulubionych kosmetyków, zanieczyszczenia znów się zbierają i bariera reaguje tak samo jak wcześniej.

Zobacz także:

Ekspertka zaznacza jednak, że od tej reguły istnieją pewne kliniczne wyjątki. Z mycia twarzy kosmetykami na rzecz samej wody faktycznie warto zrezygnować w ściśle określonych przypadkach: przy zaostrzeniu AZS, trądziku różowatym z mocno podrażnioną skórą, na początku terapii izotretynoiną czy w pierwszych dniach po inwazyjnych zabiegach medycyny estetycznej. Warunek jest jeden – okresowo rezygnujemy wówczas także z bogatej pielęgnacji i makijażu.

Skrzypiąca czystość, czyli cichy wróg naskórka

Drugą stroną medalu jest nasza obsesja na punkcie czystości. Chcemy czuć, że skóra jest perfekcyjnie czysta, nierzadko wręcz „skrzypiąca” pod palcami, co traktujemy jako ostateczny dowód skuteczności demakijażu. Z tą iluzją rozprawia się nasza ekspertka.

– Lata temu myliśmy twarz i ciało klasycznym mydłem. Teraz pojawia się moda na mydła oczyszczające (np. afrykańskie, marsylskie) czy popularne szczotki myjące – wylicza Żywiczyńska. – Oferują to samo: agresywne wymywanie sebum, lipidów, rozszczelnienie naskórka, tym samym utratę wody z naskórka. Efekt? Skrzypiąca skóra, a wraz z nią podatność na podrażnienia, przebarwienia, dłuższe gojenie się krostek i uwydatnienie zmarszczek. To pociąga za sobą chęć nałożenia serum, kremu. Coraz więcej i więcej, bo skóra wydaje się non stop potrzebować nawilżenia.

Gdzie leży granica między dobrze oczyszczoną a zrujnowaną cerą? – Jeśli po myciu skóry ściągnięcie trwa dłużej niż kilka minut, jeśli piecze po nałożeniu produktu, który nigdy wcześniej nie szczypał, jeśli widzisz zaczerwienienie, to zmień produkt. Nie czekaj, aż skóra zacznie się łuszczyć – ostrzega kosmetolożka. Jak dodaje, kluczem jest fizjologiczne pH. – Używanie delikatnego żelu usuwa nadmiar łoju i potu, a jednocześnie nie uruchamia nagłego alarmu w skórze, że oto ją dosłownie rozebrano. Bariera hydrolipidowa to płaszcz, który chroni skórę przed środowiskiem zewnętrznym.

Dwuetapowe oczyszczanie – czy naprawdę go potrzebujesz?

Branża beauty zdążyła nas przekonać, że bez dwuetapowego oczyszczania (najpierw olejek lub balsam, potem żel) nasza wieczorna rutyna nie ma sensu. Czy słusznie?

– Dwuetapowe mycie twarzy to nic innego jak demakijaż i oczyszczanie. Kiedyś popularnym sposobem demakijażu był płyn micelarny lub mleczko. Teraz zostało wyparte przez azjatycką pielęgnację – przypomina kosmetolożka. – Czy demakijaż jest konieczny? Nie. Jeśli się nie malujesz, nie nosisz kremu z filtrem, to w zupełności wystarczy jednokrotne umycie twarzy ulubionym żelem czy pianką.

Co ważne, wszechobecne olejki i balsamy wcale nie są uniwersalnym panaceum. – Sprawdzą się na skórach suchych, mieszanych, dojrzałych. Ale cery skłonne do zapychania i tłuste skorzystają na starych, dobrych płynach micelarnych. Tutaj modne olejki z dużym prawdopodobieństwem przyczynią się do nowych wyprysków – dodaje.

Dla zapracowanych minimalistek  E. Żywiczyńska ma dobrą wiadomość: prawidłowy wieczorny rytuał to wcale nie kwadranse spędzone nad umywalką. – Dobry demakijaż zajmuje maksymalnie 3-4 minuty. Codzienny makijaż znika z twarzy po minucie masażu olejkiem. Mycie żelem czy pianką to kolejne 30 sekund do minuty. I już, można nakładać krem. Warto jednak pamiętać o technice: – Trzeba pamiętać, aby olejek i balsam nakładać na suchą skórę. Masować około minuty i dopiero potem zmoczyć dłonie. Przedwczesne wymieszanie olejku z wodą spowoduje, że będzie on dużo gorzej zmywać makijaż.

Niewidzialny wróg i pułapki etykiet

Skupiając się na aktywnych składnikach kosmetyków, często ignorujemy czynnik, który ma z naszą skórą najczęstszy kontakt – wodę. Twarda kranówka potrafi zniweczyć działanie najlepszych produktów. – Najczęściej jej wpływ zauważamy na kabinie prysznicowej i włosach, które stają się matowe, niż na skórze – zwraca uwagę ekspertka. Oprócz instalacji filtrów, radzi prostą zmianę przy umywalce: – Przy twardej wodzie dobrze jest myć twarz i ciało syndetami. Reagują z wapniem i magnezem dużo słabiej, a zawarte w nich emolienty chronią skórę, zanim woda zdąży odparować.

A co z samymi kosmetykami? Przez lata wierzono, że lekka chmurka zawsze będzie delikatniejsza od gęstego żelu. – „Pianka myjąca” to nazwa formy aplikacji, nie formuły chemicznej, więc sama w sobie nic nie mówi o mocy ani łagodności produktu – prostuje ekspertka. Zaskakujące dla wielu może być również to, że popularne składniki owiane złą sławą (jak SLS czy SLES), nie zawsze oznaczają kosmetyczny wyrok. – Jeśli towarzyszą im łagodne surfaktanty aminokwasowe, gliceryna czy ekstrakty roślinne, przechyla to ocenę na korzyść łagodności. Wskazówką będą deklaracje producenta: produkty do cery wrażliwej to zazwyczaj kosmetyki łagodniejsze niż te do skóry przetłuszczającej się, nad czym ubolewam.

Ten ostatni punkt to niezwykle ważna pułapka. Posiadaczki cer trądzikowych często traktują swoją twarz najsilniejszymi żelami antybakteryjnymi z kwasami, nie zdając sobie sprawy, że pogłębiają problem. – Skóra odwodniona ma naruszoną barierę naskórkową. Żel z kwasami osłabia ją jeszcze bardziej. Skóra ratuje się zwiększoną produkcją łoju, żeby nadrobić zmywany płaszcz hydrolipidowy. Po przejściu na łagodną pielęgnację skóry tłustej szybko okazuje się, że w rzeczywistości jest ona dużo mniej tłusta – zdradza kosmetolożka.

Reguła 60 sekund i plan ratunkowy

Samo posiadanie odpowiedniego kosmetyku to jednak nie wszystko. Liczy się czas, jaki dajemy mu na działanie. Jeśli z pośpiechu poświęcasz na mycie twarzy kilkanaście sekund i od razu obficie spłukujesz żel pod prysznicem, popełniasz kardynalny błąd.

– Surfaktant potrzebuje czasu, żeby związać sebum i zanieczyszczenia, zanim je spłuczesz. Pół minuty do minuty delikatnego masażu wystarczy. Dziesięć sekund to stanowczo za mało. W dodatku pośpiech sprawia, że pomijamy linię włosów, a to przyczynia się do niedoskonałości w tym miejscu – punktuje Żywiczyńska.

Jak zatem wrócić na właściwe tory, jeśli przez lata traktowałyśmy skórę zbyt agresywnie i chcemy odbudować jej zdrowy, promienny wygląd? Plan ratunkowy powinien być stanowczy, ale absolutnie minimalistyczny.

– Przede wszystkim nie wprowadzamy więcej niż jednego nowego produktu do pielęgnacji jednocześnie. Przez pierwsze dwa tygodnie najbezpieczniej do mycia używać olejkowego syndetu – radzi kosmetolożka. Twarz myjemy letnią wodą i osuszamy, jedynie delikatnie przykładając ręcznik. Następnie nakładamy krem, w którego składzie mile widziane będą ceramidy, substancje NMF, prebiotyki czy fermenty. I na tym koniec. – Żadnych kwasów, retinoidów, niacynamidu, maseczek, szczotek sonicznych i masaży na olejach. Dopiero, kiedy ściągnięcie i pieczenie ustąpią, można rozważyć wprowadzenie produktów, które mają zaadresować konkretny problem skórny.

Piękna skóra nie jest wynikiem drogich, skomplikowanych rytuałów z mediów społecznościowych, ale empatii wobec jej podstawowych potrzeb. Czasem to, czego najbardziej potrzebuje, to po prostu krok w tył i odrobina mądrej delikatności.


Elżbieta Żywiczyńska
Elżbieta Żywiczyńska - jest edukatorką pielęgnacyjną i kosmetologiem. Na co dzień prostym językiem przybliża pielęgnację skóry i kosmetyków, opierając się na aktualnej wiedzy naukowej. Edukuje i pomaga w tworzeniu własnych rutyn pielęgnacyjnych, których podstawą jest wiedza, a nie chwilowe trendy kosmetyczne. 


Zobacz też:
"Przetestowałam dziesiątki kosmetyków do skóry 40+. Tych 5 naprawdę stoi w mojej łazience