Menu zabiegowe pęka w szwach: diamentowe infuzje, maski z 24-karatowego złota, rytuały inspirowane Dalekim Wschodem. Wyciągamy portfel, gotowe zapłacić każdą cenę za to, by nasza skóra znów nabrała blasku i jędrności. Ale czy rzeczywiście kupujemy młodość, czy jedynie bardzo drogie poczucie luksusu? W branży beauty, podobnie jak w finansach, łatwo o nietrafione inwestycje. Wydajemy fortunę na przypadkowe terapie, zapominając, że prawdziwym sekretem doskonałej cery nie jest gruby portfel, lecz żelazna konsekwencja i mądry, strategiczny plan. Moja ekspertka podpowiada, jak zbudować swój własny, opłacalny "portfel inwestycyjny" dla skóry.

WIDEO…

player placeholder

Złudzenie luksusu, czyli za co tak naprawdę płacimy

Największą dyskusję w świecie nowoczesnej pielęgnacji wywołuje dziś granica między relaksem a skutecznością. Kobiety nierzadko wpadają w pułapkę zabiegów, które cudownie pachną, są szalenie przyjemne i kosztują krocie. Czy to błąd? Niekoniecznie, pod warunkiem, że wiemy, co dokładnie kupujemy.

– Moim zdaniem najważniejsze jest rozróżnienie między zabiegiem, który daje nam przyjemność i chwilowe poczucie poprawy wyglądu skóry, a terapią ukierunkowaną na konkretne potrzeby – tłumaczy Irena Bokowa-Skiba. Jak zauważa ekspertka, zabiegi relaksacyjne, maski ze złotem czy luksusowe rytuały mają swoje stałe i ważne miejsce w kosmetologii. Poprawiają samopoczucie, pozwalają się odprężyć i wspierają codzienną pielęgnację. – Nie należy jednak utożsamiać wysokiej ceny czy ekskluzywnych składników z głęboką przebudową skóry – punktuje wprost.

Zobacz także:

Jeśli zależy nam na strukturalnej zmianie, jędrności i jakości tkanki, musimy przenieść środki na inną lokatę. – Warto inwestować w zabiegi o uzasadnionym działaniu, takie jak radiofrekwencja czy odpowiednio dobrana mezoterapia, zawsze po ocenie stanu skóry i z uwzględnieniem przeciwwskazań – dodaje ekspertka. – Nie jestem przeciwna luksusowym rytuałom, jestem za świadomym wyborem. Klientka powinna wiedzieć, czy płaci przede wszystkim za relaks i przyjemność, czy za terapię. W nowoczesnej kosmetologii liczą się wiedza, bezpieczeństwo i realne możliwości zabiegu, a nie tylko jego piękna nazwa czy wysoka cena.

Budżet pod lupą: 500, 1000 czy 2000 zł?

Wyobraźmy sobie 40-letnią kobietę, która po latach kosmetycznych zaniedbań postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Ma na to określony budżet – 1000 zł miesięcznie. Od czego powinna zacząć? 

– Przy budżecie 1000 zł miesięcznie postawiłabym na połączenie dobrej pielęgnacji domowej z regularnymi, indywidualnie dobranymi zabiegami, takimi jak mezoterapia odpowiednio dobrane peelingi czy zabiegi wspierające nawilżenie i poprawę napięcia skóry – radzi właścicielka Beauty You. – Nie wydawałabym pieniędzy na dużą liczbę przypadkowych zabiegów, lecz na przemyślany plan i jego konsekwentną realizację.

A co, jeśli dysponujemy kwotą dwukrotnie wyższą? Logika podpowiadałaby, by robić dwa razy więcej. Nic bardziej mylnego. Według specjalistki, przy budżecie rzędu 2000 zł można rozszerzyć plan o bardziej zaawansowane terapie, jak radiofrekwencja czy mezoterapia – ale tylko wtedy, gdy stan skóry tego wymaga.
– Większy budżet nie oznacza jednak, że należy wykonywać więcej zabiegów za wszelką cenę. Najważniejsze jest odpowiednie rozłożenie terapii w czasie – ostrzega.

Z kolei dla kobiet dysponujących skromniejszą kwotą, np. 500 zł miesięcznie, ekspertka ma doskonałą wiadomość: za te pieniądze również można mądrze zadbać o skórę.
– Wybrałabym podstawową, dobrze dopasowaną pielęgnację domową i jeden zabieg gabinetowy, dobrany do aktualnych potrzeb skóry. W razie potrzeby zabiegi bardziej zaawansowane zaplanowałabym na późniejszy etap – uspokaja Irena Bokowa-Skiba i dodaje: – Oszczędności szukałabym przede wszystkim w rezygnacji z przypadkowych kosmetyków i zabiegów kupowanych pod wpływem reklamy. Skóra nie potrzebuje wszystkiego na raz.

Kosmetyczne przeżytki i pułapka metryki

Krąży mit, że po przekroczeniu 40. roku życia z niektórych "prostych" zabiegów należy definitywnie zrezygnować, bo to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Na czarnej liście ląduje często popularne manualne oczyszczanie twarzy czy mikrodermabrazja. 

– Nie powiedziałabym, że kobieta po 35-40. roku życia powinna definitywnie rezygnować z konkretnych zabiegów wyłącznie ze względu na wiek – zauważa Bokowa-Skiba. – Kluczowe jest to, czy zabieg odpowiada na rzeczywiste potrzeby skóry. Oczyszczanie manualne nadal może być uzasadnione przy zaskórnikach i wybranych zmianach, ale nie powinno być wykonywane rutynowo u każdej klientki. Podobnie mikrodermabrazja może mieć zastosowanie przy określonych wskazaniach, jednak sama w sobie nie rozwiąże problemu utraty jędrności czy głębszych zmarszczek.

Gdzie zatem najczęściej "przepalamy" nasz urodowy budżet? Odpowiedź brzmi: w braku strategii. Pieniądze są często wydawane nieefektywnie na zabiegi dobierane według mody, bez diagnozy skóry, powtarzane bez konkretnego celu. – Nie ma zabiegu, który każda kobieta po czterdziestce powinna odrzucić. Jest za to wiele zabiegów, których nie warto wykonywać bez wskazań – podsumowuje specjalistka. – Profesjonalna kosmetologia zaczyna się od oceny skóry, a nie od sprzedaży konkretnej procedury.

Gabinet kontra łazienkowa półka

Nawet najlepiej zdiagnozowana skóra i genialny plan gabinetowy legną w gruzach, jeśli zapomnimy o synergii. Bardzo często wpadamy w skrajności: wydajemy fortunę na luksusowe kremy w drogerii, oszczędzając na profesjonaliście, albo odwrotnie – płacimy za drogie lasery, a w domu myjemy twarz przypadkowym mydłem. Jak znaleźć złotą proporcję?

W mądrym zarządzaniu budżetem na urodę podstawą jest rozsądna równowaga. – Nie inwestowałabym większości budżetu w bardzo drogie kremy, licząc, że zastąpią profesjonalne zabiegi – radzi nasza ekspertka. – W domu warto postawić na kilka dobrze dobranych produktów: preparat do oczyszczania, krem nawilżający, ochronę przeciwsłoneczną i ewentualnie składnik aktywny dopasowany do potrzeb skóry. W gabinecie natomiast inwestujemy w indywidualną ocenę skóry i zabiegi, których działania nie zastąpi zwykła pielęgnacja domowa.

Jak podkreśla Irena Bokowa-Skiba, najważniejsza jest nie cena kosmetyków, lecz ich regularność i trafiony dobór. Nawet najdroższy i najbardziej zaawansowany zabieg nie wykorzysta w pełni swojego potencjału, jeśli na co dzień zaniedbujemy tkankę. Te dwa światy – domowy i profesjonalny – muszą ze sobą współpracować, a nie konkurować.

W poszukiwaniu Świętego Graala

Gdy pytam ekspertkę o to jedno, magiczne rozwiązanie, na które każdej kobiecie radziłaby rozbić świnkę skarbonkę,  odpowiada bardzo konkretnie. W dzisiejszej kosmetologii nie ma magii, jest fizyka i biologia.

– Gdybym miała wskazać jedną grupę zabiegów, postawiłabym na terapie stymulujące skórę do odnowy, w tym radiofrekwencję To technologia, którą cenię za możliwość pracy nad jakością, jędrnością i strukturą skóry – przyznaje bez wahania.  – Nie oznacza to jednak, że będzie najlepszym wyborem dla każdej kobiety. Kluczowe są stan skóry, wskazania i przeciwwskazania. Nie szukałabym jednego cudownego zabiegu, który zatrzyma czas. Najlepszą inwestycją jest indywidualnie dobrana terapia, połączona z regularną pielęgnacją domową i codzienną ochroną przeciwsłoneczną.

Mądra inwestycja to przede wszystkim diagnoza. Nie warto oszczędzać na wiedzy specjalisty, własnym bezpieczeństwie i jakości preparatów. Przepłacamy natomiast tylko wtedy, gdy bezrefleksyjnie ulegamy trendom i obietnicom spektakularnych, natychmiastowych efektów. – Gdybym miała doradzić, na co warto odłożyć pieniądze, powiedziałabym: na jakość skóry, a nie na obietnicę wiecznej młodości – podsumowuje Irena Bokowa-Skiba. I dodaje puentę, którą warto zapamiętać na zawsze: – Kapitał skóry budujemy systematycznie – nie ceną pojedynczego zabiegu, lecz świadomymi decyzjami, które wspierają jej kondycję i jakość na lata.


Zobacz także:

Myślisz, że potrafisz myć twarz? Kosmetolożka: „Większość z nas od lat popełnia ten sam, niszczący błąd”