Każdego wieczoru w milionach łazienek odbywa się ten sam rytuał. Zmywamy makijaż, a potem wytaczamy ciężkie działa w walce o wieczną młodość i perfekcyjną gładkość. Nakładamy warstwy kwasów, rolujemy twarz igłami, traktujemy pory odkurzaczami, a na koniec wklepujemy piekące serum. Jesteśmy przekonane, że bierzemy sprawy w swoje ręce, a domowe zacisze zamieniamy w profesjonalną klinikę. Tymczasem efekt naszych starań często przypomina poligon: skóra jest czerwona, ściągnięta, łuszczy się i piecze nawet przy kontakcie z wodą. W pogoni za wyimaginowanym ideałem zamieniłyśmy pielęgnację w bezlitosny reżim.

WIDEO…

player placeholder

Dlaczego tak chętnie krzywdzimy własną skórę i jak wyjść z błędnego koła nadmiernej stymulacji? O to zapytałam Aleksandrę Kochańską, doświadczoną kosmetyczkę z gdańskiego salonu Glow 360, która każdego dnia w swoim gabinecie ratuje cerę kobiet uwięzionych w micie „więcej i mocniej”.

Rzecz pierwsza: kosmetyki, które bolą

Gdybyśmy pozwoliły specjaliście wejść z wielkim workiem na śmieci do naszej domowej strefy beauty, w pierwszej kolejności poleciałyby do niego wcale nie przeterminowane kremy.– Najpierw wyrzuciłabym przekonanie, że skoro kosmetyk był drogi albo poleca go pół internetu, to trzeba go zużyć, nawet jeśli skóra po nim piecze – przyznaje Aleksandra Kochańska. Jak zauważa ekspertka, wciąż pokutuje w nas szkodliwe przeświadczenie, że bycie piękną wymaga cierpienia. Bardzo często słyszy od klientek: – Szczypie, ale chyba tak ma działać.

Zobacz także:

Nic bardziej mylnego. Nasza łazienka to nie sala tortur. – Nie, nie musimy cierpieć przed lustrem, żeby dobrze wyglądać – mówi ekspertka. Zamiast męczyć się z drogim, ale inwazyjnym preparatem, warto nauczyć się czerpać z pielęgnacji przyjemność. Złota zasada? Chciałabym, żeby każda kobieta po nałożeniu kremu myślała: „Mojej skórze jest dobrze”, zamiast: „Wytrzymam, bo może w końcu zadziała”.

Rzecz druga: pielęgnowanie starych etykietek

Kolejnym balastem, z którym powinnyśmy się bez żalu pożegnać w okolicach czterdziestki, jest ślepa wiara w samodzielną, a nierzadko dawno nieaktualną diagnozę. Przyglądamy się sobie w lustrze i zbyt łatwo przyklejamy łatkę: mam cerę tłustą, suchą, trądzikową.
– I przez kolejne lata pielęgnujemy tę etykietkę, zamiast sprawdzić, czego skóra potrzebuje teraz – mówi wprost specjalistka.

Doskonale ilustruje to historia jednej z jej klientek. – Miałam klientkę przekonaną, że ma bardzo suchą cerę. Intensywnie ją natłuszczała, dokładała kolejne bogate preparaty, a tymczasem zaczęło przybywać zaskórników – wspomina Kochańska. Wniosek nasuwa się sam: – Potrzebowała zmiany pielęgnacji, a nie jeszcze bardziej odżywczego kremu.
Kosmetolożka zastrzega przy tym: – Nie oznacza to, że bogate kosmetyki są złe. Trzeba po prostu obserwować skórę i reagować na jej aktualne potrzeby. Kosmetyk, który służył nam zimą albo rok temu, nie dostaje dożywotniej umowy na naszą twarz.

Warto pamiętać, że rozwiązaniem problemu nigdy nie jest bezmyślne kupowanie nowości na promocji. – Pracuję z klientkami od 2006 roku i wiem, że często nie potrzebują kolejnych zakupów – zauważa. – Potrzebują kogoś, kto pomoże im poukładać to, co już mają, i powie wprost: tego używamy, to odstawiamy, a tego na razie nie dokładamy. Pełna półka nie zastępuje dobrego planu.

Rzecz trzecia: agresywne, domowe gadżety

Przemysł beauty co chwila podsuwa nam intrygujące gadżety. Domowe derma-rollery z igłami, agresywne szczoteczki soniczne czy hitowe odkurzacze do wągrów obiecują gabinetowe efekty bez wychodzenia z domu. Dlaczego profesjonaliści łapią się za głowę na ich widok i radzą przenieść je z półki prosto do kosza?
– Bo łatwo kupić urządzenie, a znacznie trudniej ocenić, czy nasza skóra w ogóle go potrzebuje – ostrzega ekspertka. Różnica w podejściu profesjonalnym i amatorskim jest drastyczna. – W gabinecie przed zabiegiem rozmawiam z klientką, oglądam skórę, pytam o pielęgnację i przeciwwskazania. W domu często wygląda to tak: przyszła paczka, obejrzałam filmik, zaczynam.

Szczególne spustoszenie sieją modne gadżety z igłami. – Igły to nie jest kolejny gadżet do wieczornego rytuału. Można doprowadzić do zakażenia, przebarwień czy blizn, a zwykłe serum nie nadaje się do wprowadzania przez nakłucia tylko dlatego, że na opakowaniu napisano „regenerujące” – obala mit Kochańska. Ułudą jest też zachowanie higieny: – Przetarcie rollera środkiem dezynfekującym nie oznacza też, że jest sterylny.

Do listy łazienkowych koszmarów trafiają też popularne „odkurzacze”. – Odkurzaczem do wągrów można zrobić sobie wybroczyny i podrażnienie, szczególnie kiedy próbujemy usunąć każdą widoczną kropeczkę. Tymczasem nie każda kropeczka na nosie jest zaskórnikiem wymagającym usunięcia – tłumaczy. A szczoteczki myjące? – Ze szczoteczkami nie stawiałabym jednego znaku równości: są delikatne urządzenia oczyszczające, również oscylacyjne, z dobieranymi głowicami. Ale nawet dobre urządzenie można stosować za często, zbyt mocno albo na podrażnioną skórę – wyjaśnia kosmetolożka, dodając fundamentalną zasadę: – Dokładniej nie znaczy mocniej.

Nasza cera bardzo jasno daje do zrozumienia, gdy przekraczamy granice jej wytrzymałości. – Zaczerwienienie, łuszczenie, ściągnięcie i pieczenie po wcześniej tolerowanych kosmetykach to sygnały, których nie należy ignorować – podkreśla specjalistka. Nierzadko trafiają do niej pacjentki łaknące radykalnych rozwiązań. – Zdarza się, że klientka przychodzi po „mocne oczyszczanie”, a po obejrzeniu skóry okazuje się, że najpierw trzeba ją wyciszyć i zadbać o jej barierę ochronną. Moją pracą jest również powiedzieć: dziś tego zabiegu nie zrobimy. Doświadczenie daje mi tę swobodę, że nie muszę robić więcej, żeby udowodnić, że potrafię.

Kult złuszczania

Osobny rozdział domowych grzechów to obsesja na punkcie eksfoliacji. Skóra, potraktowana kwasem w żelu, zlana glikolowym tonikiem i zwieńczona retinolem, zaczyna błagać o litość.
– Często wygląda jak skóra, której właścicielka bardzo się stara, a zupełnie nie rozumie, dlaczego jest coraz gorzej – opowiada ekspertka. – Jest zaczerwieniona, ściągnięta, łuszcząca, piecze nawet po myciu wodą. I właśnie wtedy wiele kobiet dochodzi do wniosku, że potrzebuje jeszcze jednego produktu.

Przywołuje przykład klientki, która z przesuszoną twarzą i łuszczącym się nosem twardo trzymała się swojej diagnozy: – Powtarzała: „Mam skórę tłustą i ropną”. Miała wcześniej trochę zaskórników, więc zaczęła intensywnie stosować kwasy, między innymi salicylowy. – Gdy pojawiały się kolejne zmiany, jeszcze mocniej próbowała je wysuszać – wspomina Kochańska. – Po ocenie skóry i rozmowie o pielęgnacji nie widziałam podstaw, żeby traktować całą jej twarz jak cerę bardzo tłustą. Widoczne było przede wszystkim silne podrażnienie i przesuszenie.
Kosmetolożka stanowczo obala popularny w social mediach argument: – Same wypryski nie oznaczają przecież, że cała skóra wymaga odtłuszczania. Nie każda nowa zmiana jest też „oczyszczaniem się skóry”, które trzeba cierpliwie przeczekać.

Co zatem robić? Budować pielęgnację całościowo. – Kwasy i retinoidy mają swoje miejsce w pielęgnacji, ale trzeba patrzeć na cały plan – mówi. – Żel z kwasem, tonik z kwasem, peeling i retinol tworzą już intensywny program, nawet jeśli każdy produkt osobno stosujemy zgodnie z instrukcją. Skóra nie zeruje licznika po każdym etapie.
Wszystko sprowadza się do uszanowania naturalnego płaszcza ochronnego naszej twarzy. – Warstwa rogowa naskórka pełni funkcję ochronną — nie jest zbędną skorupą, którą trzeba bez końca usuwać. Zanim dołożymy kolejny peeling, warto sprawdzić, czy problemem nie stało się właśnie nadmierne złuszczanie.

Skinimalizm w trybie ratunkowym

Kiedy domowe eksperymenty doprowadzają naszą barierę hydrolipidową do całkowitej ruiny, w gabinecie profesjonalisty uruchamia się tryb ratunkowy. Jaki jest jego pierwszy krok? – Przede wszystkim nie dokładam jej kolejnego wyzwania – twardo zaznacza specjalistka Glow 360. Początek to prawdziwe śledztwo. – Zaczynam od rozmowy: czym klientka myje twarz, co nakłada rano i wieczorem, jakie zabiegi ostatnio wykonywała. Proszę o nazwy, a najlepiej zdjęcia produktów, bo „używam tylko kremu i toniku” czasem oznacza krem z retinolem i tonik z kwasami – zdradza.

– Oceniam też, czy objawy wymagają konsultacji dermatologicznej – dodaje, by nakreślić granicę kompetencji. – Silny ból, obrzęk czy sączenie to powód do oceny lekarskiej.
Jeśli jednak problem leży w sferze kosmetycznej, stawia na minimalizm i ulgę. – Jeśli skóra kwalifikuje się do pielęgnacji gabinetowej, wybieram delikatne oczyszczanie i postępowanie ukierunkowane na ukojenie, nawilżenie oraz wsparcie bariery ochronnej. Bez złuszczania, szorowania i dokładania urządzeń tylko po to, żeby klientka czuła, że „coś się dzieje”. Czasem najlepszą decyzją jest odłożenie zabiegu.

Kluczem do sukcesu jest praca domowa. – Do domu układam krótki, konkretny plan i ustalamy, kiedy sprawdzimy reakcję skóry. Odstawiamy drażniące kosmetyki; leczenia przepisanego przez lekarza nie zmieniamy samodzielnie – opowiada. Rezultaty bywają zachwycające. Aleksandra Kochańska wspomina przypadek kobiety, której zniszczona seria zabiegów z kwasami cera była bardzo podrażniona. – W wywiadzie wyszła seria zabiegów z kwasami, po której zabrakło odpowiedniego wsparcia bariery hydrolipidowej. Jeden zabieg ukierunkowany na ukojenie i dobrana pielęgnacja domowa dały po dwóch tygodniach wyraźną poprawę: skóra była bardziej sprężysta, bez wcześniejszego pieczenia i ciągnięcia.
– Nie obiecuję każdemu tego samego, ale ten przykład pokazuje, ile zmienia właściwy kierunek działania – mówi. Zniszczona bariera to także optyczne postarzenie twarzy. – Przesuszenie może mocniej uwidocznić drobne linie i sprawić, że twarz wygląda na starszą. Nie jest to automatycznie wskazanie do mocniejszego zabiegu przeciwstarzeniowego. Najpierw przywracamy komfort, dopiero później planujemy dalszą pracę.

Złota Trójca – mądra, bezpieczna rutyna

Więc czym zastąpić wieloetapowe schematy po 40. roku życia, jeśli decydujemy się na radykalne cięcie i wyrzucenie większości kosmetyków? Kosmetolożka proponuje genialną w swojej prostocie bazę 3 filarów.
– Łagodny preparat myjący, odpowiednio dobrany krem nawilżający i krem z szeroką ochroną przeciwsłoneczną SPF 50. Taki byłby mój punkt wyjścia – stwierdza bez wahania.

Rola każdego z nich jest z góry zaplanowana. – Preparat myjący ma skutecznie usuwać zanieczyszczenia, stosowany makijaż i filtr, ale nie zostawiać twarzy napiętej jak po praniu. Krem ma zapewniać komfort i wspierać barierę skóry. – Nie musi być najcięższy tylko dlatego, że skończyłyśmy czterdzieści lat – uśmiecha się. Ostatni filar – filtry. – Filtr powinien chronić przed UVA i UVB, a przy tym być na tyle przyjemny w używaniu, żebyśmy rzeczywiście nakładały odpowiednią ilość i ponawiały aplikację przy ekspozycji na słońce.

W praktyce ten harmonogram nie musi zajmować więcej niż kilka minut. – Rano oczyszczanie dobieramy do potrzeb skóry, następnie krem, jeśli jest potrzebny pod filtr, i ochrona przeciwsłoneczna. Wieczorem łagodne, skuteczne oczyszczanie i krem.
A gdzie toniki, esencje i mgiełki z internetowych tutoriali? – To baza, którą przy konkretnych problemach czy chorobach skóry trzeba odpowiednio uzupełnić. Serum i retinol mogą być wartościowe, ale powinny mieć określone zadanie – objaśnia. – Tonik nie jest obowiązkiem, a brak esencji nie oznacza zaniedbania. Nie mam problemu z koreańską pielęgnacją — mam problem z kopiowaniem dziesięciu kroków bez zastanowienia, czy wszystkie nam służą. 

Warto zapamiętać najmądrzejszą poradę płynącą z gabinetu – nasza łazienkowa rutyna to nie poligon doświadczalny, a skóra to nie płótno, które zniesie wszystko. – Mniej znaczy więcej, kiedy wiemy, co zostawić i dlaczego – podsumowuje Aleksandra Kochańska. – Pielęgnacja ma mieć cel, kolejność i czas na regenerację.


Zobacz także:

Właścicielka salonu urody mówi, na co warto wydać, mając 500, 1000 lub 2000 zł miesięcznie. Na czym nie warto oszczędzać, a za co przepłacamy?