1. Self Love BB Cream Resibo, odcień natural beige

WIDEO…
Zaczynam od produktu, który wielu osobom kojarzy się z modą na "naturalne" kosmetyki, a który mnie przekonał czymś zupełnie innym — filozofią stopniowania. Resibo zaprojektowało ten krem BB tak, żeby dawał efekt od bardzo delikatnego po średnie krycie, w zależności od tego, ile warstw nałożysz — i to naprawdę działa, jeśli robisz to cienkimi warstwami, a nie od razu jedną grubą. Główną rolę w składzie odgrywa ekstrakt z kurkumy, który ma działanie przeciwzapalne i wspiera wyrównywanie kolorytu, a sam podkład nie wysusza skóry i nie zostawia efektu ciężkiego makijażu.
Za co go kocham: za to, że mogę go dokładać w ciągu dnia bez obawy, że skóra "się zapcha" albo że wyjdzie z tego maska. Nakładam go jak serum, nie jak makijaż i właśnie to uczucie najbardziej mnie do niego przywiązało.
Kiedy sprawdzi się najlepiej: w te dni, kiedy chcę wyglądać na wypoczętą i zadbaną, ale absolutnie nie mam ochoty na proces "robienia makijażu". To baza na szybkie wyjścia, kawę ze znajomą, pracę zdalną z kamerką.
2. Tinted Balm z kwasem hialuronowym, odcień Neutre Pale 2.5, L'Oréal Paris

To technicznie nie jest klasyczny podkład, a balsam koloryzujący i właśnie ta różnica robi całą magię. Formuła L'Oréal składa się w 80 procentach z bazy pielęgnacyjnej wzbogaconej emolientami z kwasem hialuronowym, więc wtapia się w skórę. Krycie można stopniować, od lekkiego efektu "no-makeup makeup", po średnie, gdy naniosę więcej. To, co kocham, to brak efektu ściągnięcia czy usztywnienia po wyschnięciu.
Mocne strony: można naprawdę precyzyjnie regulować krycie w jednym miejscu na twarzy, a innym pozwolić zostać niemal przezroczystym — świetne przy nierównym rozkładzie przebarwień.
Dla kogo/kiedy: to mój wybór na dni, gdy potrzebuję odrobiny więcej krycia niż BB Resibo, ale wciąż chcę, żeby skóra oddychała. Uwielbiam go też jesienią i zimą, gdy skóra jest bardziej spragniona nawilżenia.
3. Skin Hero Glow Non-Tinted Perfector, Erborian

To zdecydowanie najbardziej nietypowa pozycja na tej liście, bo formalnie to nie jest podkład - nie ma w nim koloru. Skin Hero Glow to koreański "upiększacz", oparty na kompleksie białego żeń-szenia i kwasie hialuronowym, wzbogacony mikroperełkami odbijającymi światło, które dają skórze efekt tak zwanej szklanej skóry (glass skin) — bez maskowania czegokolwiek. Nie wyrównuje koloru, nie kryje przebarwień, po prostu rozmywa drobne niedoskonałości i nakłada na twarz coś, co najlepiej opisać jako świetlistą woalkę.
Można go stosować pod podkład jako bazę, ale ja -i to jest mój prywatny, ulubiony sposób użycia - najbardziej lubię go samego, na czystej, umytej skórze, bez niczego więcej. Daje efekt "nagiej", ale pięknej cery, bez ani grama makijażu na wierzchu.
Za co go kocham: za to poczucie, że moja skóra wygląda jak moja skóra, tylko w najlepszej możliwej wersji. Żadnej maski.
Kiedy sprawdzi się najlepiej: w te dni, kiedy w ogóle nie chcę robić makijażu, ale nie chcę upiększyć i rozświetlić skórę. Idealny na weekend, na siłownię, na dzień, w którym cera ma po prostu odpocząć.
4. Double Serum Foundation, odcień L6N, Clarins

To najbardziej "pielęgnacyjny" produkt z całej piątki i widać to od pierwszego kontaktu ze skórą. Clarins zbudował go na technologii dwufazowej, znanej z ich kultowego Double Serum - jedna faza dostarcza kolor i krycie (z technologią A.U.R.A. odpowiadającą za rozświetlenie), druga to prawdziwe serum nawilżająco-odżywcze ze stabilizowaną papainą o działaniu delikatnie złuszczającym. Pięknie ujędrnia i wygładza powierzchnię skóry.
Produkt ma specjalny dozownik, co doceniam, bo mogę precyzyjnie dawkować ilość produktu, zamiast zgadywać, ile wylać na rękę.
Mocne strony: to zastrzyk nawilżenia i odżywienia, świetnie widać to zwłaszcza wtedy, gdy powietrze w mieszkaniu jest suche od ogrzewania.
Kiedy sprawdzi się najlepiej: jesienią i zimą, gdy moja skóra domaga się czegoś więcej niż tylko koloru na wierzchu. To jest podkład, który traktuję jak dodatkowy krok pielęgnacyjny, nie tylko makijażowy.
5. Studio Radiance Serum-Powered Foundation, odcień NC16, MAC

Na koniec produkt, który mnie najbardziej zaskoczył, bo MAC kojarzył mi się głównie z matowymi, mocno kryjącymi formułami do zdjęć, a nie z czymś "skincare-first". Studio Radiance to podkład na bazie zawierającej aż 33 składniki pielęgnacyjne, w tym 10-procentowy roztwór kwasu hialuronowego, olej z oliwek i jojoba oraz witaminę E. Podkład zapewnia skórze solidny zastrzyk nawilżenia w porównaniu do standardowego podkładu i na skórze naprawdę to czuć.
Odcień NC16 idealnie trafił w mój ton skóry, co u mnie zdarza się rzadko, bo mam tendencję do wpadania "między" odcienie u wielu marek. Krycie jest średnie, stopniowalne, a wykończenie satynowo-rozświetlające - nie matowe, ale też nie mokre w stylu dewy.
Za co go kocham: za to, że jest jednocześnie podkładem i serum, a w mój ton skóry trafił idealnie od pierwszego razu.
Kiedy sprawdzi się najlepiej: gdy chcę mieć pewność, że makijaż przetrwa cały dzień. Mój wybór na dni pełne spotkań, gdy nie mam czasu na poprawki.
Zobacz także:
Wielki powrót trwałej ondulacji. Jest łagodniejsza i naturalniejsza, ale nie dla wszystkich



























