Na nowotwory w Polsce zapada rocznie ponad 170 tys. osób. Ponad milion 100 tys. osób jest przed, w trakcie lub po leczeniu onkologicznym. Większość z nich usłyszy od lekarzy, fizjoterapeutów i kosmetologów dokładnie to samo: choroba onkologiczna to przeciwwskazanie do wszystkich zabiegów. Joanna Bieniek, kosmetolożka onkologiczna z Dąbrowy Górniczej, od ponad dwudziestu lat udowadnia, że to nieprawda — i że prawdziwa nisza w tej dziedzinie to nie brak kosmetyków, lecz dramatyczny brak wiedzy i odwagi, żeby dotknąć człowieka, który jest chory. Jej pierwszą pacjentką była kobieta, która potrzebowała pomocy i drenażu limfatycznego. - Musiałam się nauczyć go sama z podręczników fizjoterapii, bo innego dostępu do wiedzy po prostu wtedy jeszcze nie było - wspomina. Dziś jest onkologiczną wolontariuszką w szpitalu, działa w fundacji, chodzi na oddziały, towarzyszy pacjentkom w ostatnich tygodniach życia i zapewnia wizyty domowe tym, które nie mogą już wstać z łóżka.

WIDEO

player placeholder

Zakaz, którego nikt nie umie uzasadnić

Mity wokół onkologii i zabiegów kosmetycznych są w Polsce wyjątkowo trwałe. Pacjentom z diagnozą nowotworową rutynowo odmawia się farbowania włosów, masażu, pedicure, peelingu kawitacyjnego, a nawet makijażu permanentnego — niezależnie od tego, z jakim nowotworem mamy do czynienia i na jakim etapie leczenia jest pacjent. Joanna Bieniek od lat walczy z tym zacofaniem — i nie używa tego słowa przypadkowo. — Niestety mamy stare procedury — mówi. — Technologia poszła bardzo mocno do przodu i nawet zabiegi z ultradźwiękami, których lekarze nie polecają, są przez nich często kojarzone z falą uderzeniową stosowaną w medycynie. A zapominają, że fale ultradźwiękowe to również USG, które przecież pacjentom onkologicznym wykonują. Peeling kawitacyjny przy skórze z nasilonym łojotokiem i zaskórnikami działa naprawdę bardzo powierzchniowo.

Niedawno zgłosiła się do niej kobieta — osoba bardzo dbająca o siebie, pół roku po operacji usunięcia łagodnego nowotworu na głowie. Radioterapia zakończona, węzły chłonne czyste, skóra zagojona, a lekarz zabronił jej farbowania włosów i makijażu permanentnego. — To coś totalnie chorego — stwierdza Joanna Bieniek. — Ze względów kosmetycznych nie ma tam żadnego przeciwwskazania. Owszem, jeśli byłyby tendencje do alergii, jeśli wynikałoby to z wywiadu — nie robimy. Tej pani odmówiono wszystkiego. Była bardzo mocno przestraszona. Skąd bierze się ta stagnacja? Przede wszystkim z braku współpracy między specjalistami. Fizjoterapeuci odmawiają delikatnego masażu relaksującego, bo boją się roznieść nowotwór — choć jednocześnie bez mrugnięcia okiem wykonują drenaż limfatyczny, który działa nieporównanie silniej. Kosmetolodzy czekają pięć lat od zakończenia terapii, zanim przyjmą pacjenta onkologicznego — co, jak podkreślają specjaliści, jest założeniem z gruntu błędnym. Lekarze mają zrobić zabieg i wychodzą, nie martwiąc się o skórę i jej powikłania. A pacjent zostaje z cienką, naczynkową, usianą poparzeniami skórą i przekonaniem, że to już nieodwracalne. — Brakuje konferencji, na których będziemy się dokształcać na zasadzie: ja wiem, co wy robicie, więc wiem, że mój pacjent jest bezpieczny — mówi J. Bieniek. — Brakuje otwartości na innych.

Zobacz także:

"Jesteś wyjątkowa": zabieg i filozofia

Joanna Bieniek prowadzi gabinet jednoosobowy. Kiedy otwierała go ponad dwadzieścia lat temu, stworzyła zabieg, który nazwała po prostu: "Jesteś wyjątkowa". — Od zawsze podchodzę do każdego indywidualnie i tworzę procedury według mojej wiedzy jak najlepsze dla danego klienta — wyjaśnia. Dziś ta filozofia nabiera szczególnego znaczenia w kontekście pacjentek onkologicznych. Pierwsze spotkanie z nową pacjentką zawsze wygląda tak samo: wywiad, cierpliwość i uczenie się siebie nawzajem. Zabieg u J. Bieniek obejmuje nie tylko twarz do linii żuchwy, ale szyję i dekolt — bo twarz kobiety, jak mówi, kończy się na sutkach. Jak jednak dotknąć kobiety, która przeżyła operację piersi? — Uczę się dotykać — mówi Bieniek. — Sprawdzam, co jej sprawia kłopot, gdzie się krępuje. Delikatnie badam dłońmi, jak daleko mogę sięgnąć. Z każdym zabiegiem sięgam dalej. Bo pacjentka musi zdobyć do mnie zaufanie. Na pierwszej wizycie twarz jest napięta. Joanna Bieniek to widzi i nie spieszy się. Pracuje spokojnie, z muzyką relaksacyjną, z aromaterapią dobraną świadomie — bo wie, że na przykład słodka pomarańcza może wywołać przedwczesny poród, a lekarze przepisują ją pacjentkom bez żadnej refleksji. Na zabiegu półgodzinnym twarz odpręża się w ciągu kilkunastu minut. Na dłuższych — klientki zasypiają. I właśnie to najbardziej ją wzrusza. — Bywa, że klientki płaczą, że poczuły się zrelaksowane — mówi. — Bywa, że zasypiają. I wtedy ja zawsze mam zarezerwowane więcej czasu. Nawet jak mamy zaplanowany półgodzinny zabieg i ona zasypia — daję jej się wyspać. Bo to jest coś, na co można pozwolić. Takie pozwolenie sobie na zaopiekowanie się sobą. Bo to nie jest leczenie. To jest właśnie danie sobie na to pozwolenia.

Ciało, które długo należało do systemu

W chorobie nowotworowej ciało staje się własnością publiczną. Przechodzi przez procedury, skanowania, nakłucia, naświetlania, operacje. Pacjenci często mówią, że stracili poczucie kontroli nad własnym ciałem — że to już nie jest ich ciało, tylko teren, na którym toczy się bitwa. Joanna Bieniek rozumie ten mechanizm. — Moje panie zazwyczaj mówią: nareszcie czuję się zdrowa — mówi. — Cieszą się, że wreszcie ktoś nie boi się ich dotknąć, że dobieram masaż pod to, jak się czują. Same mogą zresztą wybrać, czy chcą być dotknięte dłońmi, czy potrzebują tylko delikatnego głaskania, szybkiej procedury. Bo mogę zrobić zabieg pielęgnacyjny w pół godziny i efekty będą rewelacyjne. Mogę też zrobić go w półtorej, nawet dwie godziny — z dłuższym masażem pędzelkami, z muzyką. Czasami po prostu chcą rozmowy i potraktowania jak osoby zdrowej. To ostatnie zdanie jest kluczem do zrozumienia, czym kosmetologia onkologiczna jest naprawdę. Nie chodzi wyłącznie o pielęgnację skóry po chemioterapii, o leczenie blizn po mastektomii czy o dobranie kosmetyków bezpiecznych w trakcie radioterapii — choć to wszystko jest ważne i J. Bieniek robi to na najwyższym poziomie. Chodzi o coś pierwotniejszego: o bycie widzianą. O to, że ktoś patrzy na ciebie jak na kobietę, nie jak na diagnozę.

Szczególnie poruszający jest wątek kobiet, które ze względu na nowotwór wprowadzane są w sztuczną menopauzę. J. Bieniek ma w tej grupie młodą klientkę — dwadzieścia siedem lat i w momencie diagnozy. — Te kobiety chcą wyglądać, nie chcą się starzeć — mówi. — A wprowadzenie ich w sztuczną menopauzę sprawia, że skóra staje się coraz cieńsza, bardziej pomarszczona, zanikają gruczoły łojowe, sieć zmarszczek jest bardzo widoczna, przerzedzają się włosy. Robią się stare — powiedzmy sobie szczerze — i nic z tym nie mogą zrobić. Ale mogą. I właśnie to jest część pracy, o której mało kto mówi: kosmetyki z fitoestrogenami działają miejscowo na skórę, bez wpływu na układ hormonalny, co przy nowotworach hormonozależnych ma znaczenie fundamentalne. — Zapomina się, że mamy coś takiego jak ustawa określająca definicję leku i kosmetyku — tłumaczy Bieniek. — Kosmetyk ma działanie tylko i wyłącznie miejscowe. I my tym kobietom możemy dać kosmetyki przeciwzmarszczkowe na bazie fitoestrogenów, które będą odmładzały tylko skórę. I mogą wyglądać lepiej. Po prostu.

O bliznę nikt nie pyta

Jednym z filarów pracy Joanny Bieniek jest praca z blizną po operacji onkologicznej — temat, który w systemie opieki medycznej praktycznie nie istnieje. Chirurg wycina, zaszywa i kończy swoją rolę. To, co dzieje się z blizną przez kolejne miesiące, pozostaje w gestii pacjenta — bez żadnego wsparcia. — Już w momencie gdy rana jest zaszyta i tworzy się blizna, możemy sprawić, że proces gojenia przebiega jak najbardziej normalnie — wyjaśnia kosmetolożka. — Nie mogę powiedzieć, że u pacjenta onkologicznego proces będzie normalny, bo tam dużo rzeczy się dzieje. Ale możemy go usprawnić, żeby ta blizna była jak najbardziej fizjologiczna, cieniutka, elastyczna, nieciągnąca, nierozchodząca się. Żeby ten pacjent miał szansę po prostu żyć. Podobnie jest z przygotowaniem skóry do radioterapii — obszar, który w Polsce jest prawie nieznany, choć w Hiszpanii objęty protokołem lekarskim na oddziałach onkologicznych. Odpowiednie kosmetyki stosowane przed naświetlaniami minimalizują rumień i późniejsze powikłania — cienką, naczynkową, trwale uszkodzoną skórę, z którą pacjenci zmagają się latami po zakończeniu leczenia. J. Bieniek ma bliską osobę z rodziny, której polecono odpowiedni balsam do ciała przed radioterapią. Współpacjentki na oddziale śmiały się, że i tak każda z nich zostanie poparzona. — Ale jak zobaczyły, że ona jest poparzona dużo mniej — mówi ekspertka — to dopiero się odezwały. Bo nie ma tej wiedzy wśród pacjentów, że można mieć lepiej.

Nie wszystko wolno. Ale prawie wszystko można

Kosmetologia onkologiczna to nie jest dziedzina, w której wszystko wolno. Joanna Bieniek jest w tej kwestii precyzyjna i nie ma wątpliwości, co należy powiedzieć wprost: istnieją zabiegi, których pacjentom onkologicznym wykonywać nie należy — i nie chodzi tu o przesadną ostrożność, lecz o konkretną wiedzę. — Na pewno nie wolno wykonywać laseroterapii. Jakiejkolwiek — mówi stanowczo. — Przy nowotworach skóry kategorycznie nie zrobiłabym żadnych zabiegów stymulujących. Nieważne, czy to osocze bogatopłytkowe, lifting, laser biostymulujący, mezoterapia mikrogłowa, stymulatory odmładzające. Na pewno wykluczone są wszystkie czynniki wzrostu podawane sztucznie w celu stymulacji i odmłodzenia. Powód jest biologicznie precyzyjny: komórki nowotworowe rosną szybciej niż zdrowe i czekają na stymulator. — My, stymulując zdrowe komórki, będziemy też stymulować te chore — tłumaczy J. Bieniek. — Co lepsze, jak chwast — urosną szybciej. Zakazana jest też elektroda czynna i bierna w połączeniu z implantami metalowymi. Ale fala radiowa o częstotliwości 448 kHz — której specyfiki lekarze często nie znają — nie ma onkologicznych przeciwwskazań i może wręcz przyspieszyć gojenie. Makijaż permanentny nie jest bezwzględnym zakazem — chyba że jest zlokalizowany w miejscu naświetleń lub pacjentka jest w trakcie immunoterapii powodującej nadwrażliwość. — Wszystko zależy od tego, z jakim nowotworem mamy do czynienia, na jakim etapie leczenia jesteśmy, jak długo od niego minęło — mówi J. Bieniek. — Tutaj wiedza jest kluczem. I ktoś, kto wie, na czym pracuje.

Czy to już terapia? Tych rozmów nikt nie planuje

Jest pytanie, które pada w tej rozmowie w naturalny sposób i na które Joanna Bieniek odpowiada bez zastanowienia: czy podczas zabiegów czuje się czasem jak psychoterapeutka? — Tak — mówi. — Tutaj pewnego rodzaju predyspozycje psychologiczne są ważne. Ja nie wiedziałam, że je mam. Zostało to odkryte później. Szkolenie z onkologicznego wolontariatu, prowadzone przez Fundację Pięknie Żyć, uzmysłowiło jej, jak prowadzić rozmowy z osobami ciężko chorymi i z ich rodzinami. I że jest kilka zasad, których trzeba przestrzegać: czasem trzeba pomilczeć. Czasem żartować. Nigdy nie mówić, że będzie dobrze — jeśli nie wiemy, czy będzie. — Zawsze mówię o statystykach — mówi J. Bieniek. — Jeśli jest coś do zrobienia, mówię o tym. Mało kto pamięta, że pacjenci onkologiczni chcą żyć — nie tylko przeżyć. Chcą być aktywni seksualnie. Chcą się podobać. Joanna to rozumie i dostosowuje ton każdej wizyty do tego, czego dana osoba potrzebuje. Czasem cisza i muzyka relaksacyjna. Czasem rozmowa o czymś zupełnie innym. Ale są też rozmowy, których nie planuje. Takie, które przychodzą bez ostrzeżenia.

"Czasami wiem, że kolejnej umówionej wizyty nie będzie"

Jest historia, którą Joanna Bieniek opowiada z wysiłkiem — widać, że wracają emocje. Przyszedł do niej mężczyzna. Narzeczony zaproszony przez przyszłą żonę na oczyszczanie twarzy przed ślubem. Dziecko w drodze. Joanna Bieniek zobaczyła dwie zmiany skórne, które ją zaniepokoiły na tyle, że wiedziała. — Jak biłam się z myślami w czasie tego zabiegu — mówi cicho. — Bo on do mnie nie przyszedł po diagnozę, po strach. Przekonała go. Nauczyła się skracać ścieżkę diagnostyczną — pisać skierowanie do lekarza pierwszego kontaktu w taki sposób, by trafił bezpośrednio do odpowiedniego chirurga, z pominięciem wielomiesięcznych kolejek. Wyniki pokazały najgorszy nowotwór skóry. Wycięty w całości, w odpowiednim momencie. Po ślubie zadzwoniła żona z podziękowaniem. — Mogłam nie mówić — mówi Bieniek. — Tylko co wtedy?

Nie wszystkie jej historie mają happy end. Ma pacjentki wieloletnie, które pracują z nią od początku — i wie, że nie wszystkie jeszcze są. — Pracując z tymi pacjentami, bardzo często widzę, co się z nimi dzieje — mówi. — Mam wizyty, które nie są odwoływane. Po prostu ktoś znika. I wtedy mam czas na refleksję. Na terapii nauczyła się znajdować w tej pracy ziarenka radości — nie jako mechanizm obronny, lecz jako świadomy wybór. — To nie jest strata klienta. To że dawałam im coś, żeby to życie było lepsze. Wykonuje wizyty domowe. Towarzyszy rodzinom przy odchodzeniu. Tłumaczy, kiedy trzeba dać odejść. I zawsze, na każdej wizycie, mówi: do zobaczenia. Nawet wtedy, gdy wie, że prawdopodobieństwo kolejnego spotkania jest małe. — Żegnając się, ja wiem — mówi. — Wiem, że tej wizyty, którą mamy umówioną, nie będzie, że jest małe prawdopodobieństwo, że się jeszcze spotkamy.

Ta praca boli. I to jest w porządku. Joanna Bieniek jest empatyczna do granic możliwości. Historie pacjentek często zabiera ze sobą do domu. Szuka rozwiązań dla nich nawet na szkoleniach markowych, nawet na targach kosmetologicznych. — Myślę o moich pacjentach i szukam rozwiązań dla nich — mówi. — Nawet jak coś jest dedykowane innej skórze, to patrzę, czy przypadkiem nie będzie to dla moich pań. Gdy zachorował jej mąż, wiedza i procedury były po jej stronie. Robiła wszystko, co umiała najlepiej. Ale posypała się. Sama musiała iść na terapię. — Trzeba nauczyć się zostawiać tę pracę w pracy — mówi. — Tego też się nauczyłam. Rysuję. Od zawsze stosuję oddech jako formę relaksacji — nauczyła mnie tego klientka joginka i potem robiłyśmy to razem, ona i pacjentki, na fotelu. Muzyka relaksacyjna w gabinecie to nie jest tło. To narzędzie. — Odporność psychiczna i umiejętność radzenia sobie ze stresem, otwartość na człowieka — to naprawdę dużo daje — mówi. — Ale nie można przy tym zapominać o sobie. To wniosek z kilkudziesięciu lat towarzyszenia innym w chorobie i w odchodzeniu. I jest, być może, najtrudniejszą rzeczą w tej pracy — nie jest to wiedza o zabiegach, ani znajomość składów kosmetyków, nie jest to umiejętność pracy z blizną. Lecz to, żeby po wszystkim nadal mieć dla siebie coś, co zostaje.


Joanna Bieniek — kosmetolożka onkologiczna, magister kosmetologii, technik usług kosmetycznych. Prowadzi gabinet Bellart w Dąbrowie Górniczej. Współpracuje jako onkologiczna wolontariuszka w szpitalu. Specjalizuje się w zabiegach dla pacjentów onkologicznych, pracy z blizną, drenażu limfatycznym i podologii.


Czytaj także: