Jak mądrze zadbać o skórę w świecie pełnym bodźców i gdzie leży granica między biologiczną rewolucją a sprytnym marketingiem? Rozmawiam o tym z dr n. med. Małgorzatą Marcinkiewicz, dermatolożką z kliniki medycyny estetycznej Projekt Skóra.
WIDEO…
Styl życia i emocje bezpośrednio wpływają na to, jak wygląda nasza skóra. Codzienne napięcia, lęki, zanieczyszczenie środowiska i permanentny brak snu to czynniki, które potrafią całkowicie rozregulować jej funkcjonowanie.
Czy stres to jedyny winowajca?
- Nasze otoczenie i styl życia zmieniło się - tłumaczy dr n. med. Małgorzata Marcinkiewicz. - Skóra nie funkcjonuje w oderwaniu od reszty organizmu. Przewlekły stres, niedobór snu czy obciążenie psychiczne mogą wpływać na funkcję bariery skórnej, nasilać stan zapalny i zaostrzać choroby, takie jak trądzik czy atopowe zapalenie skóry.
To właśnie ta zmiana otoczenia sprawiła, że konsumenci zaczęli szukać czegoś więcej niż tradycyjnej pielęgnacji. Rynek kosmetyczny natychmiast odpowiedział na te nowe potrzeby.
- Pojawiło się zainteresowanie kosmetykami, które oprócz pielęgnacji bariery skórnej próbują oddziaływać także na mechanizmy związane z osią skóra–układ nerwowy - dodaje ekspertka. - Niestety, w przypadku wielu produktów dowody kliniczne są nadal ograniczone.
Neurokosmetyki to produkty stosowane miejscowo na skórę, które nie wchłaniają się do krwiobiegu, ale oddziałują bezpośrednio na skórny układ nerwowy (receptory i zakończenia nerwowe w naskórku) lub na substancje chemiczne (neuromediatory), które ten układ regulują.
Obserwując nagłe pogorszenie stanu cery - nieoczekiwaną nadwrażliwość czy tzw. trądzik dorosłych (adult acne) - często winą obarczamy stres. Gabinety dermatologiczne pękają w szwach, ale lekarze podchodzą do tej diagnozy z dużą ostrożnością. Trudno bowiem jednoznacznie wskazać, gdzie kończy się zła pielęgnacja, a zaczyna problem natury emocjonalnej.
- Wiele dermatoz powiązanych z czynnikiem, jakim jest stres, jest wieloprzyczynowych i wskazanie jednego bodźca jest nie lada wyzwaniem. Co więcej, obecnie nie ma wiarygodnych badań epidemiologicznych pokazujących, że w ostatnich latach do gabinetów trafia więcej pacjentów z problemami skórnymi o wyłącznie stresogennym podłożu - wyjaśnia dr Marcinkiewicz.
Mimo to korelacja między psychiką a skórą jest bezdyskusyjna. Stres działa jak katalizator.
- Istnieją liczne badania wskazujące, że stres jest czynnikiem zaostrzającym przebieg wielu chorób skóry. Dotyczy to między innymi trądziku, atopowego zapalenia skóry, łuszczycy, pokrzywki przewlekłej oraz trądziku różowatego. Literatura nie potwierdza jednak, że stres jest jedyną przyczyną tych schorzeń ani że zastąpił inne czynniki etiologiczne. To, co mogę z obserwacji powiedzieć, to wielu moich pacjentów w wywiadzie ma zaburzenia lękowe. Czy przekłada się to 1 do 1 na stan skóry? Tu już musimy zachować szeroko zakrojoną ostrożność – przestrzega psychodermatolog.
Pod lupą. Skład neurokosmetyków
Kiedy na sklepowych półkach pojawiają się produkty obiecujące „wyciszenie zestresowanej skóry” lub bezpośrednią komunikację z naszym układem nerwowym, trudno nie zadać sobie pytania: czy to rewolucja naukowa, czy raczej sprytny zabieg marketingowy?
Choć mechanizmy te brzmią imponująco, dr n. med. Małgorzata Marcinkiewicz zaleca zdroworozsądkowe podejście i zauważa, że w świecie neurokosmetyków kryje się „trochę jednego i trochę drugiego”.
- Sama idea nie jest nowa ani wymyślona przez marketing. Co ciekawe, wpierw była nauka, a dopiero potem zainteresowanie przemysłu i marketing zbudowany wokół pojęcia - wyjaśnia ekspertka. - Od wielu lat wiemy, że skóra jest połączona z układem nerwowym i ma własne receptory oraz substancje, które biorą udział w odczuwaniu świądu, pieczenia czy nadwrażliwości. Ciekawostką jest, że jednym z najlepiej przebadanych związków wpływających na receptory nerwowe skóry jest kapsaicyna, czyli substancja odpowiadająca za ostrość papryczek chili. To właśnie badania nad kapsaicyną pomogły zrozumieć, jak skóra komunikuje się z układem nerwowym. Nie jest to jednak typowy składnik kosmetyków pielęgnacyjnych, lecz przede wszystkim preparatów leczniczych.
W przypadku klasycznych kosmetyków drogeryjnych barierą często okazuje się nie sam pomysł, ale technologia i biologia. Aby krem zadziałał tak, jak obiecuje reklama, jego składniki muszą pokonać trudną drogę.
-To, co znajdziemy w składach neurokosmetyków, to PEA, CBD czy niektóre peptydy. Mają zmniejszać nadreaktywności skóry i wspierać jej odpowiedź na stan zapalny. Brzmi wspaniale, ale na dziś nie dla wszystkich tych składników mamy mocne badania kliniczne potwierdzające skuteczność gotowych kosmetyków - zwraca uwagę dr Marcinkiewicz. - Między ciekawym mechanizmem a skutecznym kremem jest jeszcze długa droga. Składnik aktywny musi najpierw przeniknąć przez naskórek i dotrzeć tam, gdzie może zadziałać. W przypadku wielu neurokosmetyków wciąż brakuje mocnych badań klinicznych pokazujących, że rzeczywiście dzieje się to w takim stopniu, jak sugerują reklamy. To obiecujący kierunek, szczególnie dla osób ze skórą wrażliwą czy skłonną do pieczenia i zaczerwienienia. Niestety nie każdy neurokosmetyk automatycznie działa lepiej od tradycyjnego kremu.
Klasyczne anti-aging vs. neurokosmetyki – co wybrać?
Zrozumienie fenomenu neurokosmetyków wymaga spojrzenia na fundamentalną różnicę w filozofii projektowania produktów do pielęgnacji. Tradycyjne podejście, znane z klasycznych kremów przeciwstarzeniowych, skupia się przede wszystkim na działaniu powierzchniowym - ich zadaniem jest poprawa nawilżenia naskórka, wspieranie bariery hydrolipidowej, ochrona antyoksydacyjna oraz optyczna poprawa wyglądu zmarszczek.
Neurokosmetyki z założenia idą w innym kierunku. Ich celem nie jest wyłącznie tradycyjna pielęgnacja skóry, ale bezpośrednia próba wpłynięcia na mechanizmy odpowiedzialne za jej nadreaktywność, subiektywnie odczuwany dyskomfort czy biologiczną odpowiedź na stres.
Które z tych podejść realnie wygrywa w codziennej trosce o cerę?
- Dla mnie jako lekarza, najistotniejsze jest, że ta koncepcja ma swoje biologiczne podstawy - podsumowuje dr n. med. Małgorzata Marcinkiewicz. - Musimy jednak pamiętać, że na dziś nie mamy przekonujących badań pokazujących, że neurokosmetyki są skuteczniejsze od dobrze skomponowanych, nazwijmy to tradycyjnych kosmetyków przeciwstarzeniowych (obecnie odchodzi się od tego hasła na rzecz dermokosmetyków, slow-agingu i longevity). Dlatego patrzyłabym na nie bardziej, jak na rozwijający się kierunek pielęgnacji niż przełom, który zmienia wszystko.
Wnioski dla konsumentów są więc jasne: zamiast rewolucjonizować całą kosmetyczkę w pogoni za nowymi trendami, znacznie lepiej wnikliwie obserwować realne potrzeby własnej skóry. Produkty z segmentu neurokosmetyków mogą okazać się świetnym, kojącym uzupełnieniem rytuału pielęgnacyjnego – zwłaszcza w okresach nasilonego stresu, zmęczenia czy nagłych podrażnień. Niemniej jednak, solidna i sprawdzona dermo-pielęgnacja oparta na klasycznych, dobrze przebadanych fundamentach wciąż pozostaje bazą, której żaden chwilowy trend nie jest w stanie zastąpić.
Dr n. med. Małgorzata Marcinkiewicz – specjalistka dermatolog-wenerolog, absolwentka Akademii Medycznej w Warszawie. Od wielu lat związana z praktyką kliniczną, obecnie przyjmuje pacjentów w Klinice Projekt Skóra. Specjalizuje się w diagnostyce i leczeniu chorób skóry (m.in. trądziku, łuszczycy, różnego rodzaju wyprysków i rumienia), a także w badaniach dermoskopowych i ocenie znamion. Przez pacjentów ceniona jako „dermatolog rodzinny”, który otacza kompleksową opieką całe pokolenia.
Czytaj także:
- Kosmetykoreksja - co to? Na czym polega Dermoreksja
- Moje kosmetyki na lato - TOP 7, które zawsze mam w kosmetyczce
- Functional beauty zmienia zasady i nasze oczekiwania



























