Pielęgnacja biomimetyczna opiera się na dokładnej analizie stanu skóry. Warto jednak spojrzeć na nią nie tylko pod kątem pielęgnacyjnym, ale też naukowym. A tu wchodzi biometria skupiająca się na unikalnych cechach fizycznych każdego człowieka.
WIDEO…
Pielęgnacja biometryczna brzmi jak pieśń przyszłości. Trochę cybernetyczne oko, trochę lustro łączące się przez Bluetooth z aplikacją mówiącą ci, co tam u twoich porów przy sobocie. Tymczasem sama idea dokładnych pomiarów ciała jest może nie stara jak świat, ale zrodzona wcześniej niż nasze praprababki. Bo nim ciało zaczęło odblokowywać telefony, a te liczyć sen i mierzyć puls, trzeba było sięgnąć po centymetr.
Bez mierzenia ciał nie byłoby nawet rozmiarówek, których dziś używamy. Jest w nich też zapisana historia przemysłu, wojska, statystyki i złudzenia, że człowieka da się zamknąć w tabelce. A do tego, że będzie mu tam jeszcze wygodnie jak w rozmiarze 38 (któremu w jednym sklepie bliżej do 36, a w drugim do 40).
Warto jednak zatrzymać się właśnie przy tabelce, bo biometria w medycynie działa na podobnej zasadzie. Dziesiątki tysięcy pomiarów zaczynają pokazywać prawidłowości, które dokonywały przełomów kopernikańskich całych branży: od produkcji odzieży, po profilaktykę chorób serca. Mechanizm jest analogiczny – ciało przestaje być przypadkiem, a zaczyna być częścią wzoru.
Z armii do szafy
Już w XIX wieku armie miały bardzo praktyczny problem: trzeba było ubrać wielu mężczyzn szybko, tanio i tak samo. Szycie munduru na miarę każdemu rekrutowi było niewykonalne, więc zaczęto szukać drogi na skróty: masowo mierzono ciała, grupowano je i upraszczano, by przygotować kilka “najstatystyczniejszych” wariantów.
Ciało było problemem logistycznym do rozwiązania, by machina wojenna mogła działać. Wojna nie wymyśliła rozmiarów, ale przyspieszyła myślenie o ciele jako o zbiorze danych.
Z kobietami nie poszło już tak łatwo i nie tylko dlatego, że długo w wojsku nie służyły. Ten sam obwód biustu nie oznaczał tej samej talii i bioder. Kobiece ciało – jak na ironię, zważywszy, co dzieje się z nim w kapitalizmie – trudniej było uprzemysłowić.
W latach 30. i 40. XX wieku w Stanach Zjednoczonych przeprowadzono jedno z najważniejszych dla odzieżowej standaryzacji badań. Ruth O’Brien i William Shelton zmierzyli tysiące kobiet, analizując m.in. obwód biustu, talii, bioder, wzrost i proporcje ciała. Nie mieli skanerów ani algorytmów filtrujących dane, to była ciężka, analogowa robota. Ale logika była ta sama: jeśli zbierzesz wystarczająco dużo danych o ciałach, zaczniesz dostrzegać pewne prawidłowości. To dlatego historia rozmiarów jest dobrym wejściem do opowieści o biometrii, bo pokazuje, że masowe pomiary ciał mogą zmieniać świat. Bez niego trudno wyobrazić sobie nie tylko przemysłową produkcję ubrań, ale też projektowanie samochodów, czy nawet pomiary tętna (normy powstały przecież też w oparciu o bardzo duże zbiory danych).
W medycynie nie chodzi o to, czy zapniemy spodnie, tylko o to, czy uda się nam wcześniej zobaczyć ryzyko. Pojedyncza liczba zestawiona z innymi liczbami ma zdolność sugestii (na szczęście nie tylko, czy wspomniane 38 to mały czy duży rozmiar).
Dobrym przykładem jest badanie Framingham (rozpoczęte w 1948 roku), jedno z najważniejszych badań populacyjnych w historii medycyny. Nazwę wzięło nie od nazwiska badacza, ale miasteczka w stanie Massachusetts, w którym przez lata mierzono parametry zdrowotne i zwyczaje mieszkańców. Sprawdzano ciśnienie, cholesterol, masę ciała, poziom cukru, aktywność fizyczną, to czy palą – a były to czasy, gdy lekarze nie byli pewni związku tych zmiennych z chorobami sercowo-naczyniowymi.
Framingham pomogło wprowadzić do medycyny pojęcie "czynników ryzyka". Czyli bardzo prostą, a jednocześnie rewolucyjną myśl: choroba nie zawsze spada na człowieka jak kowadło z nieba w kreskówce. Czasem zostawia ślady. Porównując losy osób, o podobnych tendencjach, możemy niejako “przewidzieć przyszłość”.
Przez długi czas lekarz widział człowieka, który już zachorował. Framingham przesunęło punkt ciężkości z "co mu jest?” na "co może mu się stać, jeśli…?”.
Co stało się w Framingham, nie zostało w Framingham
To także w tym ponad 70-tysięcznym dziś miasteczku odkryto, że palenie to nie tylko żółte palce i zapach szafy, ale i czynnik zwiększający ryzyko m.in. choroby wieńcowej. Rok później do tej układanki doszły kolejne puzzle: wysoki cholesterol i podwyższone ciśnienie. Coś, co dla wielu osób było wcześniej typowe dla pewnego wieku, stało się elementem wczesnej diagnostyki. Co ciekawe (albo i nie) - kobiety musiały czekać na stwierdzenie, że u nich zawał serca objawia się inaczej aż do lat 90. XX wieku.
Pomiary ciała są jednak nie tylko narzędziem profilaktyki, ale i potencjalnym sposobem zawstydzania. Różnica nie leży w samej liczbie, tylko w tym, kto ją interpretuje i po co. Można spojrzeć na swój cholesterol z nienawiścią (do siebie) albo ze strachem, a można jak na wskazówkę.
Biometria nie odeszła bynajmniej do lamusa wraz z odkryciem czynników ryzyka. Jednym z najważniejszych “współczesnych” przykładów jest UK Biobank, czyli brytyjska baza danych obejmująca około pół miliona osób. Uczestnicy byli rekrutowani w latach 2006–2010, mieli wtedy od 40 do 69 lat, a badacze zbierali od nich wszelkie dane dotyczące zdrowia i uzyskali dostęp do informacji z ich dokumentacji medycznej. Z czasem dołożono obrazowanie ciała na ogromną skalę.
UK Biobank to największe tego typu badanie obrazowe, obejmujące m.in. skany mózgu, serca czy jamy brzusznej u 100 tys. uczestników, ale też szczegółowe dane genetyczne. Do tego dochodzą biomarkery z krwi i moczu, obrazowanie narządów, informacje o aktywności fizycznej, diecie, statusie społecznym, chorobach, lekach, hospitalizacjach. W jednym projekcie spotyka się więc ciało rozumiane bardzo klasycznie (serce, wątroba, kości, itp.) z ciałem jako plikiem danych, którego nie da się już obejrzeć bez komputera.
Exposome i inne opowiadania
Coraz częściej bada się także to, co mieści się pod pojęciem “exposome”. Chodzi tu o cały zestawu ekspozycji środowiskowych, z którymi człowiek styka się w ciągu życia: powietrza, chemikaliów, hałasu, jedzenia, pracy, stresu, temperatury, warunków mieszkaniowych. Zdrowie to nie zawsze wynik silnej woli i “dobrych” lub “złych” genów, ale i szereg piłeczek z “maszyny losującej”.
Jeśli mierzymy, dajmy na to, tylko wagę, łatwo opowiedzieć o ciele najprostszym językiem: schudła, przytyła, pilnuje się/nie pilnuje. Jeśli mierzymy więcej, zaczynają być widoczne zmiany hormonalne, sen przerywany opieką nad dzieckiem, wpływ menopauzy na metabolizm, poziom kortyzolu.
W przyszłości część badań przesiewowych może być lepiej dopasowana do ryzyka: genetycznego, metabolicznego czy środowiskowego. Bezpłatna mammografia po 45. roku życia nie brzmi tak spektakularnie, bo po prostu jest celowana w zbyt dużo grupę – kobiety urodzone “od…do…”.
Ważnym, jeśli nie najważniejszym, kierunkiem są dziś dane z zegarków i telefonów. Jeszcze kilka lat temu wiele z tych pomiarów miało status ciekawostki dla osób, które lubią wiedzieć, że spały źle, zanim jeszcze zdążyły to poczuć.
Wspomniany już UK Biobank zebrał dane z noszonych na nadgarstku akcelerometrów od ponad 100 tys. uczestników, co pozwoliło zbadać aktywność fizyczną bez polegania wyłącznie na deklaracjach typu „raczej się ruszam”.
Przyszłość może polegać nie na jednym wielkim badaniu raz na kilka lat, ale na łączeniu różnych warstw danych, w tym tego, o co w gabinecie często nikt nie pyta, czyli warunków życia. Jeśli biometria ma mieć sens, nie może być tylko nową wersją starego błędu, w którym ciało jednego typu udaje ciało uniwersalne (biały, heteroseksualny mężczyzna).
Biometria przyszłości będzie zależeć nie tylko od tego, co potrafimy zmierzyć, ale też od tego, kto ma do tych pomiarów dostęp, zarabia na nich i czy pacjentka zyskuje coś poza kolejnym wykresem w aplikacji. Na dobrą sprawę użyteczne dla producentów słodyczy czy środków higienicznych mogą być nawet informacje zbierane przez aplikacje śledzące fazę cyklu.
Nie chciałabym zniechęcać nikogo do odkrycia zaawansowanej pielęgnacji biometrycznej i sprawdzenia stanu swojej skóry (która daje często znać o szeregu niedoborów, a bywa, że i schorzeń). Znamienny wydaje mi się jednak fakt, że wiele kobiet prędzej będzie miało możliwość zbadania gęstości swojej skóry właściwej niż swojego genomu. Pierwsze ma szanse wyprzedzić zmarszczki, drugie – doprowadzić do szybszego wykrycia nowotworu.
Niestety, jest to wciąż typowe podejście do zdrowia kobiet. Tyle że nie ma tu jednego winowajcy. Aż do końca lat 90. XX wieku (sic!) nie była znana dokładna budowa łechtaczki i tego, jak wygląda jej unerwienie – nikt wcześniej nie zadał sobie trudu, by to zbadać. Jako modelowego “człowieka” badało się w pierwszej kolejności mężczyznę. Jednocześnie praktycznie w tym samym roku na porządku dziennym było stosowanie botoksu – w celach estetycznych.
Wygląda na to, że w wielkim projekcie optymalizacji pomiarów, kobieca twarz dostała status priorytetowego interfejsu.
Przeczytaj także:
- Facet bez koszulki, kobieta z siatami. W upały wyraźniej widać podwójne standardy
- Slow morning? Podziękuję – i tak za długo próbowałam dopasować się do skowronków
- Pęknięta bańka „countryside era”. Ucieczka od zgiełku czy romantyzowanie wsi, której już nie ma?



























