Naturalność to dziś trend. I nowy sposób, w jaki się oceniamy
Mówimy, że w końcu jesteśmy wolne od standardów piękna. A jednocześnie „naturalność” zaczyna oznaczać bardzo konkretny wygląd, który też podlega ocenie.

Lubię przeglądać media społecznościowe. Ostatnio scrolując mój feed zauważyłam filmik dziewczyny plus size z siłowni. To miał być zwykły post, kolejne upamiętnienie jednego z jej etapów na drodze do zrzucenia wagi. Zero makijażu, twarz lekko zaczerwieniona od wysiłku, ślady potu na czole. Post miał być wyrazem odwagi, pokazania siebie w naturalnej odsłonie, bez wstydu, bez skrępowania.
Z zaciekawieniem zajrzałam w sekcję komentarzy. Z jednej strony wiedziałam, czego się spodziewać. Ludzie pisali, że wygląda pięknie, że świetnie jej idzie, a z drugiej strony nie zabrakło uszczypliwości na temat osób plus size, “promowania otyłości” i fałszywej troski o zdrowie publikującej nagranie kobiety. Wszystko, co znalazłam, skupiało się na wyglądzie. Nikt nie zauważył tego, czym naprawdę był ten post i co właściwie dla tej osoby oznaczało publiczne pokazanie siebie w takiej sytuacji. Cały sens komentarzy opierał się na jednym, najbardziej oswojonym temacie: wyglądzie i tym, czy jest on odpowiedni.
Koniec standardów piękna. Ale czy na pewno?
Od lat słyszymy, że standardy piękna się kończą. Że wreszcie przestajemy dążyć do jednego, nierealistycznego ideału. Że uczymy się akceptować różnice i pozwalamy sobie na bycie sobą. W pewnym sensie to prawda. Język, którym mówimy o ciele i wyglądzie zmienił się radykalnie.
Jeszcze kilkanaście lat temu dominował jeden model atrakcyjności: szczupła sylwetka, młoda twarz, brak widocznych oznak starzenia, perfekcyjna skóra. Dziś oficjalnie celebrujemy różnorodność. Widzimy w kampaniach reklamowych kobiety o różnych rozmiarach, kolorach skóry i typach urody. W przestrzeni publicznej pojawiły się słowa, których wcześniej prawie nie używano: ciałopozytywność, autentyczność, naturalność.
Problem polega jednak na tym, że zmiana języka nie zawsze oznacza zmianę sposobu myślenia.
Przygotowując się do tego tekstu, dużo rozmawiałam ze znajomymi. Wiktoria, która sama spotykała się w nastoletnich latach z krytyką rówieśników, zauważyła, że faktycznie z czasem definicja piękna się rozszerzyła, ale nadal podlega pewnym regułom.
(...) ale w różnych kwestiach poszło to w inną stronę. Jeśli chodzi o samo body positive, to jest zmiana, otyłość nie jest już wyśmiewana, nikt nie drwi z rudzielców. Osoby z bielactwem zaczęły być ciekawe, nie dziwne. W modelingu nie przeważa już skrajna chudość, a są osoby grubsze, niższe, z bielactwem czy zespołem Downa. Natomiast sam standard piękna i tak promuje zasłanianie się makijażem, zabiegi upiększające, również chirurgicznie. No i nadal gdzieś wymóg bycia szczupłym istnieje
Jej słowa wydały mi się bardzo ciekawe. Z jednej strony faktycznie w przestrzeni publicznej różnorodne osoby są bardziej widoczne, ale… nadal istnieje wiele szablonów, do których trzeba się w jakimś stopniu dopasować.
Zamiast jednego standardu pojawiło się kilka jego wersji, a każda z nich niesie ze sobą własne wymagania. Można dziś wyglądać na wiele sposobów, ale każdy z tych sposobów wciąż podlega ocenie. Można być naturalną, ale naturalność w praktyce oznacza określony typ skóry, określony poziom zadbania i określoną estetykę. Można być fit, ale ciało nadal powinno być jędrne i sprawne. Można być ciałopozytywną, ale ciało wciąż powinno być prezentowane w sposób atrakcyjny wizualnie.
Wniosek jest prosty. Różnorodność nie zlikwidowała standardów – raczej je pomnożyła i uwzględniła inne kanony piękna.
Najlepiej widać to na przykładzie tak zwanego „no make-up look”. Teoretycznie chodzi o brak makijażu, o pokazanie twarzy w jej naturalnej formie. W praktyce bardzo często jest to starannie wykonany makijaż, który ma wyglądać tak, jakby go nie było. Skóra jest wyrównana, koloryt ujednolicony, rzęsy podkreślone, a twarz wygląda świeżo i zdrowo. Efekt końcowy ma sprawiać wrażenie spontaniczności, ale w rzeczywistości wymaga czasu na przygotowanie. Naturalność staje się projektem, który trzeba wykonać.
Podobnie jest z ciałem. Słowo „naturalne” brzmi jak obietnica wolności, ale kiedy przyjrzymy się bliżej temu, jakie ciała są uznawane za naturalne i akceptowane społecznie, okazuje się, że wciąż obowiązują bardzo konkretne kryteria. To ciało nie musi być idealnie szczupłe, ale powinno być zadbane. Nie musi być młode, ale powinno wyglądać zdrowo. Może mieć niedoskonałości, ale najlepiej takie, które mieszczą się w granicach estetycznej akceptowalności. Naturalność nadal nie oznacza dowolności. Oznacza nową definicję tego, co jest wystarczająco dobre.
Autentyczność też podlega wizualnej ocenie
Najbardziej zaskakujące jest to, że dziś nawet autentyczność stała się czymś, co można ocenić wizualnie. Widzimy kobietę w internecie i mówimy, że jest prawdziwa, że jest sobą, że nie udaje. Ale bardzo często ta ocena opiera się na tym, jak wygląda jej twarz, jej ciało albo jej ubiór czy makijaż. Autentyczność przestała być wyłącznie cechą charakteru, a zaczęła być elementem wizerunku. To sprawia, że presja nie znika, tylko zmienia formę. Nie chodzi już o to, żeby wyglądać perfekcyjnie. Chodzi o to, żeby wyglądać naturalnie w sposób, który jest społecznie akceptowalny.
Najbardziej niewiarygodne w tej historii jest jednak to, że sam proces tej oceny często zachodzi w nas nieświadomie. Doskonale znane nam mechanizmy weszły nam tak w krew, że mimo zmiany narracji na “kochajmy siebie takie, jakie jesteśmy”, zakorzenione w nas patrzenie na innych przez pryzmat wyglądu jest tak silne, że często nawet nie zauważamy tego, że to robimy. Wygląd wydaje się jednym z pierwszych sygnałów, które odbieramy o drugim człowieku, i trudno się od tego całkowicie uwolnić.
Sama często przyłapuję się na tym, że przeglądam media społecznościowe i myślę sobie o kimś, że ma ładne włosy, oczy, stylizację, makijaż. Wygląd przyciąga moją uwagę jako pierwszy. Nawet, jeśli jest to pozytywna ocena. I nie jestem w tym osamotniona.
Czasem zatrzymuję się, jak widzę jakiegoś Tiktoka albo rolkę na Instagramie i sama do siebie mówię, że ktoś ładnie wygląda czy ma ładne włosy. To jest pozytywna ocena. Raczej nie obchodzi mnie czyjś rozmiar, wiek lub odcień skóry, ale właśnie takie małe detale, które uważam za atrakcyjne
Klaudia zwróciła moją uwagę na to, że faktycznie w tej mimowolnej ocenie ważne są szczegóły wyglądu. Czasem do przyciągnięcia uwagi wystarczy coś tak trywialnego, jak ładna koszula. Inną moją znajomą zapytałam wprost, czy też zauważa u siebie podobną tendencję.
Tak, łapię się na tym, że widząc jakiś post w mediach społecznościowych najpierw zwrócę uwagę na wygląd danej osoby, a potem dopiero sprawdzam czego dotyczy wpis. Często zdarza się też tak w realnym życiu. Stojąc na przykład na przystanku zwróci się na kogoś uwagę, bo ma np. fryzurę, która mi się spodoba
Akceptacja siebie a ocena
Jeszcze trudniej jest uwolnić się od oceniania samej siebie. Nawet, jeśli mówimy, że nie wierzymy w standardy piękna, jesteśmy otwarte na siebie i swoją inność, jeśli powtarzamy, że się akceptujemy, to czasem wystarczy jedna słabiej przespana noc, aby zauważyć cienie pod oczami i sprawić, że nałożymy więcej korektora. Taki dysonans pomiędzy deklaracją a codziennym doświadczeniem jest dzisiaj jednym z najbardziej charakterystycznych elementów kobiecej rzeczywistości.
W tej nowej codzienności presja rzadko wyrażana jest wprost. Nie usłyszysz otwarcie, że masz wyglądać w określony sposób. Co najwyżej będą to delikatne sugestie. Docierają do nas natomiast bardzo ważne komunikaty: akceptuj siebie, nie porównuj się z innymi, bądź sobą. Są one niesamowicie potrzebne i pozytywnie wpływają na naszą percepcję, ale nadal nie zlikwidowały w nas odruchu oceny wyglądu. Raczej sprawiły, że stała się ona mniej widoczna i trudniejsza do nazwania.
Może więc problem nie polega na tym, że oceniamy. Być może to naturalne, że zwracamy uwagę na wygląd i że próbujemy porządkować świat na podstawie tego, co widzimy. Problem zaczyna się wtedy, gdy udajemy, że już tego nie robimy lub skupiamy się wyłącznie na negatywnej ocenie siebie i innych. Gdy mówimy, że standardy piękna zniknęły, a jednocześnie wciąż reagujemy na nie w codziennych sytuacjach – w rozmowach, w komentarzach, w sposobie, w jaki patrzymy na siebie i innych.
Może prawda jest prostsza, choć mniej wygodna. Standardy piękna nie zniknęły. Stały się tylko mniej oczywiste. Jest ich więcej, są bardziej elastyczne i często wyglądają jak wolność. Ale wciąż istnieją – i wciąż, często zupełnie nieświadomie, mierzymy nimi siebie i inne kobiety.
Nie uważam, że standardy piękna się zmieniły. To, co się zmieniło, to pojęcie, że nie każdy musi się w nie wpisywać i podążać za trendami czy modą
Te słowa usłyszałam od Magdy i muszę przyznać, że wyjątkowo mnie poruszyły. Chciałabym, żeby to była również refleksja dla ciebie. Czy czujesz się wolna od standardów piękna? A może po prostu czujesz, że już nie musisz się w nie wpisywać, ale wciąż są one w tobie mocno zakorzenione?
Czytaj także:
- Randka ze sobą może stać się udręką. Zamiast ulgi czujesz napięcie? Dlatego powinnaś ją powtórzyć
- "Wiele relacji byłoby uratowanych, gdybyśmy mieli lepszą relację ze sobą". Ale boimy się czuć
- "Nie mów kobiecie: 'Możesz wszystko', ona usłyszy: 'Musisz'". Czy da się być silną i niezmęczoną?

