Stringi, wielki bieliźniany hit lat minionych, od początku opierały się na paradoksie. Majtki, które powstały po to, by bielizna przestała być widoczna spod ubrania, szybko zaczęły być noszone jak emblemat - wystawały ze spodni, odznaczały się pod jaśniejszymi sukienkami, czy wreszcie stawały się przedmiotem ożywionych dyskusji.
WIDEO…
Do dziś pamiętam zebranie rodzicielskie w jakiejś VI klasie podstawówki, na którym głównym tematem było to, że niektóre dziewczynki noszą tego typu majtki (wiekowej wychowawczyni nazwa zdawała się nie przechodzić przez gardło). Część rodziców wyrażała oburzenia, druga zaś część oburzało się, na coś zgoła innego - że szkoła chce kontrolować bieliznę uczennic. Pamiętam też ekscytację związaną z faktem, że gdy byłam w liceum stringi podarowała mi własna ciotka, mówiąc, że kupowała na rozmiar, ale widzi, że będą na nią za małe, ale może ja bym chciała "jeśli mama się zgodzi".
Podobne odium kilka lat wcześniej budziło hasło "sztuczne piersi" - o których zrobienie, za wzorem Pameli Anderson, podejrzewało się kolejne celebrytki, a czasem i co bogatsze sąsiadki. W Polsce ogólnonarodową dyskusję budziła też słynna depilacja brazylijska. Mało która kobieta wiedziała dokładnie, na czym polega, ale fakt, że jest wykonywana woskiem "tam", w dodatku przez obcą osobę, stanowił zarzewie niejednej dyskusji spod znaku "a ja bym tak nie mogła" i "po co to w ogóle robić".
Największym dowodem kontrowersyjności tematu pozostaje tu chyba fakt, że temat pojawił się nawet w jednym odcinku "Seksu w wielkim mieście", serialu stanowiącego niejako przegląd kontrowersji epoki.
I choć możemy narzekać na nierówność płac, a i podział obowiązków domowych zostawia wiele do życzenia przez ostatnie lata z pewnością zmieniła się mentalność - trudno wyobrazić sobie, by w 2026 roku kogoś skłaniały do całkiem poważnej dyskusji wybory kobiet związane z bielizną czy owłosieniem.
Historia stringów zaczyna się całkiem niewinnie - bo by chronić moralność. Tak przynajmniej głosi jedna z najczęściej powtarzanych opowieści o ich początkach. Przed wystawą światową w Nowym Jorku w 1939 roku burmistrz Fiorello La Guardia miał nakazać nagim tancerkom zasłonięcie miejsc intymnych, by nie zrazić turystów do miasta. Tancerki znalazły rozwiązanie pozwalające spełnić wymagania, a jednocześnie nie przeszkadzające zanadto w wykonywaniu zawodu: z przodu niewielki kawałek materiału, z tyłu sznurek.
Lepiej udokumentowana jest jednak inna historia. W 1974 roku władze miejskie - tym razem LA - zakazały mieszkańcom pływać nago w basenach. Hipotetycznie zakaz dotyczył tylko tych w "miejscach publicznych", ale w Los Angeles temat był złożony. W mieście, gdzie najzimniej jest w styczniu (a mowa o 20 stopniach) oprócz basenów publicznych, są jeszcze baseny należące do wspólnot mieszkaniowych, hoteli, a nawet moteli (i na część z nich można za opłatą wejść). Hipotetycznie problemem były również prywatne baseny dobrze widoczne dla sąsiadów czy z ulicy.
W odpowiedzi na zakaz projektant Rudi Gernreich - który wcześniej zaprojektował m.in. monokini, czyli strój kąpielowy dla kobiet na ramiączka z odkrytym biustem - zaproponował stringi. Strój był przeznaczony dla obu płci. Rok później amerykańska firma Lily of France zaczęła produkować stringi jako damską bieliznę.
Dopasowane spodnie i cienkie tkaniny wymagały odpowiedniej bielizny, a stringi miały tę przewagę nad figami, że nie zostawiały na pośladkach wyraźnej granicy.
Zaczęto przedstawiać je jako zakup praktyczny, wzmacniając przekaz przedstawianiem widocznej linii majtek jako czegoś nieeleganckiego. Kobieta nie musiała przecież chcieć kogokolwiek uwodzić.
W 1994 roku brytyjski "The Independent" opisywał rosnące zainteresowanie stringami. Sprzedawcy cieszyli się z nagłego popytu, Calvin Klein zwiększał wybór fasonów, a projektantka bielizny wypowiadająca się w tekście, przekonywała, że odznaczające się majtki "są obrzydliwe". Trudno o lepszą reklamę niż zawstydzanie (na marginesie - w ten właśnie sposób mieszkanki byłych krajów bloku wschodniego zaczęły masowo używać antyperspirantów - marketerzy w niezbyt subtelny sposób sugerowali w spotach, że bez nich śmierdzą.
W połowie lat 90. zaczęła się też ogólnonarodowa debata (wówczas jeszcze tylko brytyjska), kto nowy typ majtek "może nosić". Część redaktorek mody - i to całkiem poważanych tytułów - twierdziło, że to bielizna odpowiednia dla mieszkanek południa Europy i Latynosek, zaś Brytyjki są po prostu za blade i nie mają wystarczających krągłości.
Kilka lat później stringi znalazły się w samym środku amerykańskiego skandalu politycznego. Raport dotyczący romansu Billa Clintona i Moniki Lewinsky opisywał, jak pokazała prezydentowi pasek bielizny wystający spod ubrania. Media pisały, że Ewa miała swoje jabłko, a Monica - swoje stringi.
Może i była to ironia, ale sam pomysł zestawienia "atrybutów" sporo mówi o wyobrażeniach na temat kobiet wybierających stringi. Niepozorny element garderoby sprowadzał mężczyznę na manowce, od czego nie był widać wolny nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych, którego trudno byłoby podejrzewać go o nieumiejętność podejmowania własnych decyzji.
Tymczasem zainteresowanie rosło - niezależnie od tego, czy ktoś widział w stringach wygodę, seksapil czy upadek obyczajów. Między 1995 a 1999 rokiem sprzedaż w Stanach wzrosła o 156 proc.
Popularność nie kończyła się na dorosłych klientkach. W 2002 roku amerykańskie nastolatki wydały na stringi 152 mln dolarów rocznie, czyli 40 proc. wszystkich pieniędzy przeznaczanych na bieliznę. Temat budził tak duże poruszenie, że artykuł poświęcił mu nawet prestiżowy "Time" - wynikało z niego, że wśród młodych kobiet noszenie fig uchodzi za relikt przeszłości, zaś w liceach wyśmiewa się dziewczynki, które nie ulegają modzie.
W tym samym czasie w Polsce należało jeszcze niekiedy wyjaśnić czytelnikom, o jakim fasonie mowa. W lipcu 1999 roku "Wprost", opisując modę plażową w artykule pod wiele mówiącym tytułem "Powrót Ewy", tłumaczył, że to majtki złożone niemal z samych tasiemek.
W tym samym numerze jeden z felietonistów pisał, że on tam nie wie, czym są topy i stringi, ale popierać ograniczania damskiego stroju do minimum. Tekst, który w dzisiejszych mediach by nie przeszedł, wówczas trafił na łamy szanowanego tygodnika opinii.
W polskich mediach można też było znaleźć opinie, że to majtki odpowiednie dla kobiet odważnych i wyemancypowanych, a nawet, że po majtkach można poznać stosunek kobiety do seksualności czy tradycji. Wyjaśnienie, że stringi "dobrze leżą" najwyraźniej nie wystarczało.
Najciekawsze świadectwa tego, jak stringi były odbierane nad Wisłą, zostały jednak na forach internetowych. We wrześniu 2001 roku na Gazeta.pl powstał wątek "Koalicja anty-stringowa" - kobieta, która go zapoczątkowała pisała o "dyktaturze" tego fasonu majtek, ale mimo że go nie znosiła i tak je nosiła. Zdaniem forumowiczek, tego typu bielizny oczekiwali współcześni mężczyźni.
Koalicja cieszyła się powodzeniem, choć wiele kobiet ze stringów rezygnować nie zamierzało. Spór dotyczył więc nie tego, ile materiału powinny mieć majtki - chodziło raczej o to, kto ma decydować o standardach.
Dyskusja na Wizażu z 2003 roku ("Czy faceci lubią stringi?") szybko wyszła poza temat główny - uczestniczki oceniały m.in., jakie pośladki "nadają się" do tego fasonu i czy wypada nosić go na trening. Panowała opinia, że kobieta w stringach nie przyszła ćwiczyć, ale zwrócić na siebie uwagę płci przeciwnej.
Czytając te rozmowy po latach, trudno nie zauważyć, jak wielkie emocje, ale i automatyczną ocenę moralności budził temat
Wielki bieliźniany hit zaczął przy tym tracić rozpęd wcześniej, niż można byłoby przypuszczać. Już w 2004 stringi odpowiadały tylko za 24 proc. wartości amerykańskiego rynku damskich majtek - były wypierane przez tzw. damskie szorty. W maju 2014 sprzedaż stringów w Stanach nadal spadała - o 7 proc.
Nie znaczy to, że zniknęły. Wręcz przeciwnie - zaczęły wracać wraz z modą na lata 2000, choć już bez wcześniejszych sukcesów. Dla najmłodszego pokolenia kobiet - urodzonej po 1998 roku generacji Z - nie był to już temat do większej dyskusji. Zdaje się, że podobnie jak temat depilacji - zwłaszcza okolicy intymnych.
Światowa kariera depilacji brazylijskiej zaczęła się nie w Brazylii, ale na Manhattanie. W 1990 roku salon J. Sisters, zaczął proponować klientkom głębokie usuwanie owłosienia woskiem - z pozostawieniem niewielkiego paska (albo i nie). Siostry - z pochodzenia Brazylijki - mimo że zabieg wykonywały, obawiały się, że Amerykanki uznają pomysł za przesadę, dlatego zdecydowały się go nie reklamować.
Wystarczyło jednak kilka lat i zadowolonych klientek, wśród których znalazła się znajoma redaktorki "Elle", żeby o usłudze zaczęło być głośno.
W maju 2000 roku siostry nie nadążają z zapisami, a wśród stałych klientek znajdowały się ponoć Gwyneth Paltrow i Naomi Campbell. Jednocześnie amerykański "Vogue", którego redaktorka udała się do salonu "na testy", przekonywał, że depilacja boli bardziej niż poród, a do tego jest krępująca i droga.
Kilka miesięcy później depilacja pojawiła się we wspomnianym "Seksie w wielkim mieście". Carrie podczas pobytu w Los Angeles, które pokochało depilację tak jak wcześniej stringi, została pozbawiona większej ilości włosków, niż sobie życzyła. Scena miała w sobie coś z opowieści o fryzjerze, który zamiast podciąć końcówki, ścina połowę długości. Tyle że w tym przypadku chodziło o miejsce, którego wyglądu większość kobiet nie konsultowała wcześniej z personelem salonu urody.
W Polsce temat pojawił się tym razem szybko, ale większość kobiet nie do końca wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi. Kobiety pytały na forach o zabieg już w 2003 roku, ale nie do końca wiedziały, na czym polega (poza tym że na depilacji woskiem). Był raczej kolejną modną nowością z Zachodu, której Polki chciały spróbować.
Kobiety zastanawiały się też, czy muszą być nago i "jak znieść wstyd". Rozebranie się u ginekologa miało uzasadnienie, przy kosmetyczce trzeba było dopiero oswoić się z myślą, że to zwykła usługa.
Oswajać się musiały widać i same kosmetyczki - polskie forumowiczki narzekały, że są tak zawstydzone, że i one zaczynają się wstydzić, albo że wykonują depilację, jak gdyby pachwiny nie istniały.
Po kilku latach większe emocje budziło pozostawienie włosów. Kobiety dogryzały sobie wyzywając się od "zaniedbanych" lub też zarzucając koleżankom, że naoglądały się filmów dla dorosłych i "normalne kobiety tak nie wyglądają".
W mediach urodowych można było już jednak znaleźć przekaz, że gładkość jest czymś całkiem zwyczajnym. W 2012 roku jeden z czołowych polskich portali zestawiał depilację intymną z manikiurem i usuwaniem włosów z nóg. Artykuł obiecywał ponętny wygląd w każdej bieliźnie i poczucie, że nie ma się "nic do ukrycia". Kontrowersja zmieniła się w pielęgnację, choć nie przestała służyć ocenianiu kobiet.
Czasy się zmieniają, a wraz z nimi także to, co wydaje się niestosowne. Kiedy dziś myślę o zebraniu rodziców 13-latek, najbardziej zdumiewa mnie nie fakt, że nastolatki kupowały stringi, ale to, że dorośli ludzie spotkali się w szkole, żeby dyskutować o majtkach uczennic. Ktoś musiał przecież zgłosić ten temat, ktoś uznać go za wart omówienia, a pozostali najwyraźniej czuli się uprawnieni do zabrania głosu.
Stringi pewnie znów wyjdą z mody do niej wrócą. Trudniej wyobrazić sobie podobną karierę opinii, że po fasonie bielizny albo sposobie depilacji można rozpoznać charakter kobiety.
Czytaj także: