Z farbowaniem włosów jest jeden, podstawowy problem - trudno poprzestać na jednym razie. Kolor jeszcze nam się nie znudził, a już trzeba poprawiać odrost. Najlepiej u fryzjera, któremu między kilkoma kolejnymi farbowaniami zazwyczaj też coś rośnie - cennik. Można oczywiście wrócić do naturalnego odcienia, ale to wiąże się z długim, a czasem i nieestetycznym okresem przejściowym
WIDEO…
Nic dziwnego, że perspektywa odświeżenia koloru w domu, bez zobowiązania do regularnego poprawiania wyraźnej kreski przy skórze, brzmi zachęcająco. Na tej obietnicy (i to takiej z pokryciem) korzystają tonery.
Zwłaszcza te gotowe do użycia, bez utleniacza, które stopniowo wypłukują się podczas mycia. Pozwalają poprawić odcień, gdy stracił już wyrazistość. Przy zmianie zbliżonej do naturalnego koloru granica między tym, co ufarbowane, a odrostem może być właściwie niewidoczna.
Jest jednak i pocieszenie dla kobiet utleniających włosy z ciemniejszych do jasnego blondu, który ma to do siebie, że lubi żółknąć - współczesne tonery potrafią nie tylko ochłodzić odcień, ale też nadać mu (opcja oczywiście dla chętnych) perłowy czy morelowy odcień. Jednej rzeczy toner jednak nie zrobi - nie pokryje siwych włosów, które swoją drogą przestały być oznaką jakiegoś domniemanego zaniedbania, a zaczęły być trendem.
Na początku wypadałoby zadać pytanie, czym właściwie jest toner - bo czyżby nie była to po prostu szamponetka, wyciągnięta przed szereg przez użytkowniczki TikToka? Niekiedy pokrewieństwo jest bliższe, niż sugerowałaby reklama. Klasyczny szampon koloryzujący bez utleniacza zawiera składniki myjące i gotowe barwniki. Toner ma z kolei bazę bliższą odżywce: oprócz barwników zawiera substancje wygładzające i ułatwiające rozczesywanie. Nakładamy go, żeby zmienić odcień, a nie umyć głowę.
Oba rozwiązania mogą dawać nietrwały efekt - sam napis "toner" nie oznacza, że kolor utrzyma się dłużej albo produkt będzie łagodniejszy. Tym bardziej że tą samą nazwą określa się również preparaty wymagające utleniacza, w tym koloryzację trwałą (zamawiając produkty w profesjonalnych sklepach fryzjerskich, trzeba bardzo uważać, żeby się nie pomylić).
OnlyBio
W OnlyBio wybór przypomina już bardziej kartę deserów niż wzornik u fryzjera. Jest Brownie, Beza Pavlova, Tiramisu, Frappe i Mleko Migdałowe (wszystkie zostały zresztą nazwane od słodkości i nawet tak pachną). W aktualnym katalogu producenta znajdziemy 32 odcienie - od blondów i brązów po znacznie odważniejsze kolory jak np. granatowa czerń czy zielony toner dla jaśniejszych odcieni.
To gotowe produkty bez amoniaku i wody utlenionej, z deklarowaną trwałością do ośmiu myć (chociaż moim zdaniem trzymają się nawet dłużej). Efekt zależy od koloru wyjściowego i porowatości włosa. Innymi słowy: kupujemy tę samą butelkę co inne dziewczyny, ale efekt zależy od tego, co mamy na głowie.
Najlepsze oceny zbiera toner waniliowy do blond włosów, w przypadku innych zdania są podzielone. Dużo jest uwag dotyczących farbowania dłoni (dlatego należy zaopatrzeć się samodzielnie w rękawiczki, zwłaszcza przy ciemniejszych kolorach). Kobiety opisują udane odświeżenie koloru, miękkość i połysk, ale niekiedy też mało widoczny rezultat.
Składy dają podstawy, żeby mówić o koloryzacji połączonej z kondycjonowaniem włosów. Są tu składniki zatrzymujące wilgoć, substancje wygładzające, oleje, a w niektórych wariantach nawet masła albo aminokwasy. O kolorze decydują jednak barwniki, nie apetyczna nazwa czy ekstrakt z owoców. Efekt warto sprawdzić wcześniej na niewidocznym paśmie, tym bardziej, że większość z nas ma tendencję do wyobrażania sobie spektakularnych, pożądanych efektów, a toner jest produktem, który nie zrobi z ciemnej brunetki blondynki.
Neboa
Kolejna już polska marka w tym zestawieniu - Neboa - nazywa swoje produkty maskami koloryzującymi 2w1. Nazwy odcieni są bardziej dosłowne niż w OnlyBio - wybieramy np. Beżowy Blond, Chłodny Brąz albo Satynową Czerń, bez konieczności zastanawiania się, jaki kolor ma deser. Do wyboru w Neboa mamy 12 wariantów (w tym np. różowy blond).
W składach sprawdzonych masek - beżowej, brązowej i czarnej - znajdziemy oleje ze słodkich migdałów i jojoba oraz substancje ułatwiające rozczesywanie. Jest też amodimethicone, czyli silikon pomagający wygładzać włosy. Włosy mogą po użyciu wyglądać na zdrowsze, co oczywiście nie oznacza, że przy okazji zmiany koloru cofniemy kilka lat rozjaśniania i prostowania.
Aplikacja przypomina używanie zwykłej maski, tyle że z rękawiczkami. Produkt nakłada się na umyte, wilgotne włosy i pozostawia na 7-10 minut, jeśli zależy nam na odświeżeniu odcienia, albo na 15-20 minut dla mocniejszego efektu. Butelka ma pompkę, więc łatwiej odmierzyć porcję i zostawić resztę na kolejne użycie - o ile mamy krótsze włosy. Mimo wszystko wygodniejszy w użyciu jest cienki dziób tonera z OnlyBio, dzięki któremy łatwiej nałożyć produkt między poszczególnymi pasmami.
Mimo, że Neboa deklaruje, podobnie jak OnlyBio, trwałość do 8. myć, mam wrażenie (a sądząc po opiniach nie jestem w tym odosobniona), że produkt dość szybko traci efekt w porównaniu z tym po nałożeniu.
Garnier
Garnier w serii Olia Gloss stawia na kolory, które mają wyglądać naturalnie (ale oczywiście lepiej niż to, co akurat mamy na głowie). Do wyboru są m.in. chłodny i słoneczny blond oraz chłodny i miedziany brąz. Choć jest tanio (około 30 zł), to jakby luksusowo - kolory nazywają się m.in. "Old Money Blonde" czy "Expensive Brunette".
Maskę nakłada się na umyte, wilgotne włosy na 10 minut. Producent obiecuje blask utrzymujący się do sześciu myć, a także pomoc w skorygowaniu "roku uszkodzeń". W przypisie doprecyzowano, że chodzi o uszkodzenia powierzchniowe (a więc nie po farbowaniu) oceniane w teście instrumentalnym. W składzie wariantu Chłodny Blond znajdziemy m.in. olej słonecznikowy, masło shea i olej z nasion kamelii, obok substancji wygładzających oraz barwników.
Na Wizażu Olia Gloss ma ocenę 4,5 na 5 przy 221 opiniach (a więc lepszą niż tonery od OnlyBio i Neboa). Warto przy tym zaznaczyć, że część recenzji pochodzi z akcji testowania, w ramach której użytkowniczki otrzymały kosmetyk. Wysoka średnia nie jest więc wyłącznie oceną osób, które za niego zapłaciły
Syoss
Syoss w linii Color Glaze obiecuje przede wszystkim "efekt tafli", czyli gładkie, lśniące włosy. W międzynarodowym katalogu marki znajdziemy osiem wariantów: siedem koloryzujących, od blondów przez brązy po miedź i czerń, oraz jeden transparentny. A zatem mamy toner, który nie zmienia koloru. Ma za to poprawiać połysk, więc przyda się raczej wtedy, gdy odcień nam odpowiada, ale włosy przestały wyglądać tak dobrze, jak tuż po farbowaniu.
To też propozycja dla niecierpliwych - czas aplikacji wynosi pięć minut, a więc najmniej ze wszystkich propozycji. W składzie Chłodnego Brązu, poza barwnikami, są gliceryna, oleje migdałowy i kokosowy, pantenol, hydrolizowana keratyna oraz polimer silikonowy. Obietnica wygładzenia ma więc podstawy w formule, choć określenie "laminacja" jest lekką przesadą. Produkt nadal w końcu w domu z tubki.
Jeszcze niedawno drogeryjna półka z koloryzacją składała się z pudełek farb, z których uśmiechały się kobiety o perfekcyjnie ułożonych włosach lśniących pożądanym kolorem, jak gdyby same emitowały światło. Gdzieś na dole przewracały się saszetki z szamponetkami, były też płukanki, ale wybór sposobów na delikatne odświeżenie koloru nie należał do szerokich. Do tego była to kategoria, o której myślało się raczej jako o zarezerwowanej dla eksperymentujących z wyglądem nastolatek.
Dziś tonery to pełnoprawna kategoria, a niektóre marki mają większy wybór tych produktów, niż kosmetyczni giganci wyspecjalizowani w farbowaniu. Warto spróbować, zanim zdecydujemy się na kolejny inwazyjny zabieg i wydamy 5-krotność ceny tonera u fryzjera.
Czytaj także: