Wraz z nadejściem października moja szafa przechodzi radykalną transformację. Nie bez żalu żegnam jedwabne topy i lniane sukienki, robiąc miejsce dla grubych, mięsistych swetrów, kaszmirów i wełnianych szalików. Od lat wyznaję zasadę, że dokładnie takiej samej zmiany domaga się w tym czasie moja skóra.
WIDEO…
Letnie miesiące, choć wspaniałe dla ducha, bywają bezlitosne dla naszej cery. Sól morska, chlor, długie godziny na słońcu, a potem gwałtowne zderzenie z klimatyzacją, suchym powietrzem i październikowym wiatrem. Kiedy kilka dni temu spojrzałam w lustro, zobaczyłam ten charakterystyczny, jesienny „kac” na twarzy - cera była zszarzała, ściągnięta, a na policzkach pojawiły się suche, piekące skórki. Wtedy wiem, że to ten moment. Pora wyciągnąć z kosmetyczki najcięższe działa.
Czym one są? To dla mnie produkty, których konsystencja nie przypomina lekkiej chmurki, ale gęste, bogate masełko lub śmietankę. To kosmetyki, które po nałożeniu nie znikają w sekundę, lecz zostawiają na twarzy ochronny, luksusowy film. Działają jak najdroższy kaszmirowy sweter: otulają, chronią przed czynnikami zewnętrznymi i dają poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Oto pięć moich osobistych pewniaków, z którymi wchodzę w tę jesień i zimę.
Intensywnie odżywczy krem na noc z ceramidami Bielenda Professional SupremeLab
Zacznijmy od legendy. Ten krem to na polskim rynku absolutny fenomen, bestseller od lat, a każda z tysięcy pozytywnych opinii w sieci tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z mistrzostwem. Zimą i jesienią po prostu nie wyobrażam sobie bez niego mojej wieczornej rutyny. Działa na twarz dokładnie tak, jak gruba, puchowa kołdra na zmarznięte ciało. To nie jest zwykły kosmetyk nawilżający; dla mnie to krem-lek. Kiedy włączam do pielęgnacji retinol albo wracam od kosmetologa po mocniejszych zabiegach z użyciem kwasów, moja skóra często przypomina papier ścierny. Wtedy nakładam grubą warstwę SupremeLab. Rano cera jest ukojona, napięta, a po podrażnieniach nie ma śladu. Ceramidy robią tu genialną robotę, łatając dziury w naszej naturalnej barierze ochronnej.
Ekstra ujędrniający przeciwzmarszczkowy krem na dzień Q10 SPF15 Nivea
Są takie zapachy i konsystencje, które natychmiast przenoszą nas w strefę komfortu, i dla mnie linia Q10 od Nivea jest właśnie takim kosmetycznym „comfort food”. Wracam do niego każdej jesieni z czystą przyjemnością. Jego największym atutem jest to, co czujemy pod palcami: ma konsystencję gęstego, ale idealnie topiącego się masełka. Jest tak nieprawdopodobnie mięciutki, że po wmasowaniu go w twarz, cera natychmiast przejmuje te właściwości. Staje się elastyczna, gładka, wręcz welurowa w dotyku. Co uwielbiam w nim najbardziej? Daje mi taki blask i takie poczucie "zaopiekowania", że często po jego nałożeniu z czystym sumieniem rezygnuję z podkładu. Moja "naga" skóra wygląda w nim po prostu doskonale.
Mleczny tonik z kompleksem ceramidów Berry Mild resibo
Tonik przez wiele lat kojarzył mi się z wodnistym płynem, który przeciera się wacikiem tylko po to, by przywrócić skórze pH. Resibo całkowicie zmieniło zasady gry. Berry Mild to gęsty, mleczny eliksir, który już na etapie tonizacji daje skórze potężny zastrzyk nawilżenia i wygładzenia. Spryskuję nim twarz (waciki są tu zbędne!) i delikatnie wklepuję. To, co dzieje się potem, to czysta magia. Tonik działa jak gąbka, która przygotowuje grunt: sprawia, że nałożony na niego krem zwielokrotnia swoje działanie, przenikając głębiej i dając jeszcze większe uczucie otulenia. Jeśli masz problem ze ściągniętą skórą po umyciu, to mleczne cudo wyeliminuje go w kilka sekund.
Absolue Longevity MD Intercept the Cream Lancôme
Jeśli szukacie w pielęgnacji absolutnego, bezkompromisowego luksusu, to właśnie znalazłyście Graala. Srebrny słoiczek Lancôme to nie jest zwykły krem - to całe dekady zdobyczy nauki nad długowiecznością komórkową, zamknięte w obłędnie pachnącej formule. Nie będę zanudzać Was laboratoryjnym żargonem; powiem tylko, jak to działa w praktyce. Nasze komórki skóry z wiekiem i pod wpływem stresu stają się po prostu... leniwe. Przestają się regenerować. Ten krem działa jak osobisty trener, który pobudza je do życia na nowo. Nie tylko otula i przynosi komfort, ale uczy skórę, jak ma zachowywać się tak, jakby znów miała dwadzieścia lat. Kiedy nakładam go wieczorem, czuję się, jakbym aplikowała sobie płynny kapitał na przyszłość. Rano skóra jest gęsta, świetlista i nieprawdopodobnie jędrna. Kosztuje swoje, ale zamiast kilku tańszych kosmetyków, wolę ten jeden.
Balm Cica+ wielofunkcyjny regenerujący krem kojący Mixa
Gdyby ktoś kazał mi spakować kosmetyczkę na bezludną wyspę i pozwolił zabrać tylko jeden jedyny produkt, bez wahania spakowałabym tę niepozorną tubkę. Cica+ od Mixy to ratownik, mistrz w kojeniu skóry potraktowanej brutalnie przez słońce, lodowaty wiatr, mróz, czy - co często zdarza się jesienią - niefortunne przesuszenie. Błyskawicznie radzi sobie z czerwonymi, łuszczącymi się plackami i podrażnieniami. Ale jego magia polega na wielofunkcyjności. Jest niezrównany w pielęgnacji szorstkich łokci, suchych kolan, pękających pięt, zniszczonych dłoni czy spierzchniętych ust. Używam nie tylko ja, ale dosłownie cała moja rodzina. Nie pachnie, nie udaje luksusowego eliksiru - on po prostu w milczeniu i w rekordowym tempie wykonuje najtrudniejszą robotę.
Zobacz także:
Pachną jak stara biblioteka i palone w kominku drewno. 5 niszowych perfum w stylu "Dark Academia"