Gdy byłam dzieckiem, moją ulubioną przyjaciółką mamy była ciocia Ela – jako jedna z nielicznych dorosłych, nie wydawała mi się smutna i nudna. Tym bardziej nie mogłam zrozumieć, dlaczego Ela tak wygląda. Nosiła niebieskie cienie do powiek z perłowym połyskiem, duże plastikowe klipsy i trwałą. Był koniec lat 90. i żadna inna znana mi kobieta tak nie wyglądała. Mamy i ciocie miały to do siebie, że posiadały dużo wspaniałych rzeczy dla dorosłych kobiet – majtki z koronką, perfumy, buty na obcasie czy kwieciste sukienki. Tymczasem biedna Ela nie miała nic ładnego. 

WIDEO

player placeholder

Chcąc ją ratować, oświadczyłam mamie, że powinna wyznać cioci straszną prawdę. Mama zaczęła się śmiać i powiedziała, że Ela nie interesuje się modą. W katalogu pojęciowym 8-latki modne mogły być co najwyżej kolorowe żelopisy – coś, czego wcześniej nie było, a teraz każdy chce to mieć. Reszta rzeczy była po prostu ładna albo brzydka. Pytanie, z czego wynika ta percepcja, jeszcze długo nie przychodziło mi do głowy. 

Brwi pokoleniowe

Pomyślałam o Eli, gdy młodsza siostra powiedziała mi ostatnio, że powinnam “przestać robić sobie te millenialskie brwi”. W gratisie dodała, że były modne 10 lat temu. 

Zobacz także:

Podobnie jak Ela malowałam się dokładanie tak jak na studiach i nawet nie przyszło mi do głowy, że to niemodne. Tymczasem dla przedstawicielki młodszego pokolenia brwi zamalowane wewnątrz konturu były stemplem z orientacyjną metryką i dopiskiem drobnym druczkiem mówiącym, że nie nadążam. Nie musiałam nadążać, ale myśl, że jestem w jakimś sensie zahibernowana w trendzie z czasów mojej młodości, mi się nie podobała. 

W przeciwieństwie do cioci Eli nie można powiedzieć, żebym nie interesowała się trendami. Nie nosiłam rurek i skarpetek odsłaniających kostki – trendów, do których wielu millenialsów wciąż była przywiązana. 

Olśniło mnie, że problemem z ubraniami cioci Eli nie było to, że nie interesowała się modą. Było nim to, że hity lat 80. w 1999 wyglądały kuriozalnie. Nie ma nic bardziej niemodnego, niż to, co było krzykiem mody kilka lat temu – z tego prostego powodu, że tzw. gorące trendy rzadko kiedy starzeją się dobrze. 

Nie inaczej było z wyrysowanymi brwi, które robiłam już tak długo, że wydawało mi się, że są naturalnym elementem mojej twarzy. W końcu, w przeciwieństwie do innego trendu sprzed 10 lat – mocnego bronzera i rozświetlacza z drobinkami – brwi nie znikały wieczorem na płatku kosmetycznym. 

Dlaczego zauważałam inne trendy makijażowe, a w tej kwestii byłam ślepa? Odpowiedź była prosta: nie myślałam o brwiach w kategoriach mody. Tymczasem pożądany kształt brwi zmieniał się w XX wieku bardziej niż, nie szukając daleko, sposób malowania ust.  

Komunikacja na włosku

Brwi zaczęły pełnić rolę społeczną na długo przed wynalezieniem pęsety (a trzeba wam wiedzieć, że do najnowszych nie należy – najstarsza z odnalezionych jest datowana na okolice 1500 roku przed naszą erą). Kto słuchał na biologii, pamięta być może, że tak jak funkcją rzęs jest ochrona oka przed pyłem i kurzem, tak brwi miały za zadanie ograniczać spływanie potu z czoła do oka. Ale jest tu pewien haczyk – z ochroną oka pod tym względem znacznie lepiej radziły sobie mocne wały nadczołowe (kostne zgrubienia nad oczami), dobrze widoczne choćby w czaszkach Neandertalczyków. 

Czyżby więc homo sapiens zaczął pocić się mniej, niż grubo ciosany kuzyn? Nic bardziej mylnego – wały zaczęły zanikać, ponieważ okazało się, że ruchome, wyraźne brwi miały dla naszego gatunku o wiele przydatniejszą funkcję. Umożliwiały ekspresję emocji w czasach, gdy u homo sapiens dopiero zaczynała kształtować się umiejętność komunikacji werbalnej. Może i pierwsi ludzie nie umieliby zdefiniować, co to znaczy być złym czy przestraszonym, a samo słowo “emocja” było dla nich nie mniej abstrakcyjne niż rozszczepienie atomu. Brwi ułatwiały im jednak rozumienie tego, co czuje druga osoba.

Nie inaczej jest i dziś – ktoś uniósł brwi w zdziwieniu, kto inny je zmarszczył. Żeby zrozumieć, jak bardzo instynktownie czytamy emocje z ich ruchu, wystarczy przejrzeć emoji – w przypadku wielu z nich, to właśnie brwi wprowadzają niuans. 

Musiało jednak minąć kilkadziesiąt kolejnych stuleci, by w wygląd brwi zaczęto ingerować. Prawdopodobnie malowali je ciemnymi kredkami starożytni Egipcjanie, wiadomo też, że krzaczaste (a nawet zrośnięte) brwi w świecie grecko-rzymskim cechować miały myślicieli. By osiągnąć odpowiednio inteligencki look, starożytni (tym razem akurat mężczyźni) nie tylko przyciemniali brwi, ale czasem też doklejali sobie włoski, by zrobić monobrew.

Pierwszy zachowany tekst dotyczy jednak golenia brwi na zero, gdy egipskiej rodzinie kot. Z dzisiejszej perspektywy brzmi kuriozalnie, nawet jeśli weźmiemy poprawkę na nabożny stosunek starożytnego Egiptu do kotów. Jeśli jednak pomyśleć o tym zwyczaju bez uprzedzeń, depilacja brwi idealnie nadawała się na rytuał przejścia. Brak brwi dawał otoczeniu do zrozumienia, że przeżywamy coś trudnego, jednocześnie ograniczając żałobę – brwi odrastały, ciało samo odmierzało czas. 

Długo można by omawiać kolejne brwiowe iteracje, ale by wyłożyć ich współczesny fenomen, najprościej będzie chyba przeskoczyć do końca XIX wieku. Choć świat zna już wiele współczesnych kosmetyków, nie mają one najlepszego PR-u. Makijaż jest moralnie potępiany i kojarzony z prostytutkami, a w najlepszym przypadku – aktorkami. Nie znaczy to jednak, że porządne panie i panienki go nie stosują. Wiodącym trendem staje się poprawianie urody tak, by nie było widać (brzmi znajomo?). Jednocześnie potępia się makijaż i stosuje go w sekrecie, nazywając dopomaganiem naturze.

Historia brwi nie polega więc tylko na zmianach kształtu, ale i akceptowalności samej ingerencji. Czyli kobieta może coś robić z twarzą, ale ma wyglądać, jakby nie robiła. Stara sztuczka – i nadal działa.

Wymowna jak niema aktorka

Przewrotem kopernikańskim łuków brwiowych okazuje się kino nieme. Brwi wracają do swojej najpierwotniejszej wersji – mają komunikować emocje, których nie można wypowiedzieć. W niektórych filmach aktorkom domalowuje się linię brwi, w zależności od tego, czego ma dotyczyć dana scena. Inne po prostu mają cienkie, mocno podkreślone brwi, jako bardziej wyraziste i “teatralne” – twarz ma budzić emocje i zapadać w pamięć. Tak jak twarz Clary Bow – ikony kina niemego kojarzonej dziś bardziej ze względu na charakterystyczny wygląd niż role.

Look aktorek kina wkrótce zlewa się ze stylistyką flopperek i modą kobiecą lat 20. odrzucającą mieszczańskie naleciałości – pojawiają się krótkie boby, spadają gorsety, a do tej rewolucji jak ulał pasują brwi “inne niż do tej pory”. W latach 20. to wciąż trend dla odważnych, ale w ciągu kolejnych 15 lat wyskubywanie brwi i ich podkreślanie zostanie całkowicie znormalizowane. 

Do bardziej naturalnych szerokości brwi wracają stopniowo – znów nie bez udziału aktorek. Młoda Elisabeth Taylor zaokrągla początek brwi, co oczywiście zaczynają robić i inne kobiety. W pogoni za wyrazistością oka Taylor nawet blondynki sięgają po ciemne pomady. Na drugim krańcu, mimo że też ciemnowłosa, stoi wówczas Audrey Hepburn, niemal równolatka Taylor.

Krój brwi obu pań pokazuje, jak bardzo coś zdawać by się mogło tak banalnego, zmienia odbiór twarzy. Łagodne, szerokie, pozbawione ostrego załamania brwi Hepburn pasują do jej dziewczęcego uroku i banalnych ról. Brwi Taylor, dbającej jednocześnie o image wampa i poważnej aktorki dramatycznej, odpowiadają za co najmniej połowę jej nimbu kobiety niebezpiecznej. 

Dziewczyny z sąsiedztwa

Na powrót do naturalności przyjdzie nam czekać do lat 80. i Brook Shields, którą magazyn “Time” nazywa wówczas twarzą dekady, mimo że ma dopiero 15 lat. Jej gęste, naturalne, a nawet lekko krzaczaste brwi mają w sobie jednak coś z dzisiejszej perspektywy niepokojącego – podobnie zresztą jak cała jej kariera. Oto mamy dziwną hybrydę dziecka i kobiety, seksualizowaną dziewczynkę, której niewyskubane brwi dodatkowo podkreślają ten nienaturalny dualizm. 

Mija kolejna dekada, a brwi powoli przechodzą – zresztą jak cała ówczesna moda – na restrykcyjną dietę. Podstawową różnicą w stosunku do mody z początku wieku jest to, że głównie się je skubie, nie zaś maluje. Cienkie brwi wpisują się w chude, niemal chłopięce sylwetki modelek i heroin chic. Co ciekawe, ta moda potrwa rekordowo (jak na brwi) długo, czego skutki odczuwa dziś wiele kobiet po trzydziestce i starszych – po latach wyskubywania brwi, trudno wyhodować je z powrotem. Branża kosmetyczna, która wcisnęła nam wcześniej ultracienkie brwi, powraca z magicznym panaceum na brwi grube (nawet jeśli już nie rosną). 

W 2012 roku na firmamencie pojawia się gwiazda modelingu rzadko spotykanego formatu – taka, która nie tylko zgarnia najlepsze zlecenia reklamowe, a projektanci chcą ją bookować na wyłączność, ale ktoś, kto zostaje jednocześnie it-girl. Tą dziewczyną jest 20-letnia wówczas Cara Delevingne, której znakiem rozpoznawczym są grube brwi, którymi w dodatku gra podczas sesji strojąc miny. Choć przypomina Brooke Shields oprawą oczu, brwi Cary mają zupełnie inny charakter – całkiem jak niegdysiejsza opozycja Hepburn-Taylor. Delevingne ma w sobie coś bezczelnego, jakiś szelmowski uśmiech, a jej pozornie niepoddawane rygorom pęsety brwi stają się nieomal oznaką buntu.

Kobiety znów marzą o brwiach, tyle że po 15 latach nieustannego skubania, dla wielu okazuje się to marzenie ściętej głowy. Wkrótce pojawia się szereg kultowych dziś kosmetyków jak Anastasia Beverly Hills Dipbrow Pomade (2014) – prawdopodobnie najlepiej sprzedający się produkt do brwi w historii. Kobiety uczą się trudnej sztuki dorysowywania sobie brwi, choć wygląda to nieco inaczej niż cienkie kreski sprzed 100 lat.

Brwi najpierw były praktyczne: miały chronić oko przed potem, pyłem i wodą. Szybko zaczęły jednak działać jak cienka kreska sterująca wyrazem twarzy. I tak zostało do dziś. Przy tym wszystkim wypadałoby wiedzieć, co komunikują. Jeśli chodzi o mnie, jeszcze nie zdecydowałam. 


Czytaj także: