Najbardziej denerwuje mnie ten moment, kiedy wchodzę do sklepu, zdejmuję czapkę i odruchowo szukam lustra. Fryzura, którą rano układałam przez kilkanaście minut, nagle traci objętość. Szczególnie widać to przy cienkich włosach, które szybko przylegają do głowy. Z drugiej strony trudno przecież rezygnować z nakrycia głowy, gdy na dworze jest zimno i wieje wiatr.
WIDEO…
Właśnie dlatego coraz częściej zamiast czapki wybieram szalik. Nie chodzi jednak o zwykłe owinięcie go wokół szyi. Zakładam go na głowę, podobnie jak robiły to kiedyś nasze babcie. Luźno ułożony materiał osłania uszy i włosy, ale nie musi tak mocno przylegać do fryzury jak dopasowana czapka. A kiedy zobaczyłam brązowy szal z czystej wełny w Mohito, od razu pomyślałam, że świetnie nadaje się do wypróbowania tego sposobu.
Babcie wiedziały, jak chronić włosy przed zimnem. Dziś sama noszę szalik na głowie zamiast czapki
Pamiętam, że dawniej widok kobiety z chustą lub szalem na głowie nikogo nie dziwił. Nasze babcie wiązały je pod brodą, zarzucały końce na ramiona albo owijały wokół szyi. Nie potrzebowały kilku różnych nakryć głowy, żeby dopasować je do pogody. Jeden porządny szal potrafił zastąpić zarówno czapkę, jak i dodatkową warstwę chroniącą szyję.
Dzisiaj najbardziej doceniam w tym sposobie możliwość luźnego ułożenia materiału. Dopasowana czapka uciska włosy, szczególnie na czubku głowy. Po jej zdjęciu fryzura często wygląda na spłaszczoną, nawet jeśli wcześniej miała całkiem niezłą objętość. Szal mogę natomiast narzucić tak, żeby nad włosami pozostało trochę przestrzeni.
Jak to robię? Najpierw układam szalik na głowie, mniej więcej tak jak kaptur. Przednią krawędź zostawiam nieco luźniejszą, żeby nie przygniatała włosów przy czole. Następnie przekładam końce pod brodą i zarzucam je na ramiona albo delikatnie owijam wokół szyi. Nie zaciskam materiału zbyt mocno, bo cały pomysł polega właśnie na tym, żeby fryzura nie była ściśnięta. Taki sposób noszenia może ograniczyć mechaniczne przygniatanie włosów.
Największą różnicę zauważam w samym sposobie zdejmowania nakrycia. Zamiast ściągać ciasną czapkę ocierając włosy, wystarczy ostrożnie odchylić szal do tyłu. Dla mnie to znacznie wygodniejsze rozwiązanie, szczególnie gdy mam ułożoną grzywkę albo chcę zachować objętość przy nasadzie.
W Mohito znalazłam szalik ze 100% wełny. Brązowy kolor pasuje do płaszczy, które już mam w szafie
Przeglądając dodatki w Mohito, zwróciłam uwagę na prosty, brązowy szalik. Nie ma krzykliwego wzoru ani ozdób, które ograniczałyby możliwości stylizowania. Najbardziej zainteresował mnie jednak skład. Według informacji przy produkcie wykonano go w 100% z wełny, a jego cena wynosi 149,99 zł.
Przyznam, że właśnie na skład coraz częściej patrzę w pierwszej kolejności. Wełna ma naturalne właściwości termoizolacyjne i dobrze sprawdza się w chłodniejsze dni. Potrafi zapewniać ciepło bez konieczności sięgania po bardzo grube, ciężkie dodatki. Oczywiście wiele zależy od rodzaju wełny, splotu i grubości konkretnego szalika, ale sam fakt, że nie mamy do czynienia z mieszanką z przewagą syntetycznych włókien, jest dla mnie istotny.
W przypadku noszenia szala na głowie zwróciłabym jeszcze uwagę na to, jak materiał zachowuje się w kontakcie ze skórą. Nie każda wełna jest równie delikatna. Osobom wrażliwym może przeszkadzać drapanie w okolicach czoła i szyi, dlatego przed zakupem najlepiej sprawdzić ją dotykiem.
Podoba mi się też odcień brązu. Jest spokojny, lekko przygaszony i znacznie łatwiejszy do zestawienia z codzienną garderobą, niż mogłoby się wydawać. Od razu połączyłabym go z beżowym płaszczem, ciemnymi spodniami i skórzanymi botkami. Całość wyglądałaby elegancko, ale bez przesadnego strojenia się.
Brąz dobrze wypada również przy granacie. Granatowy płaszcz, jasny sweter i wełniany szal narzucony na głowę to zestaw, który chętnie założyłabym na spacer albo zwykłe wyjście do miasta. Z kolei przy czarnym okryciu taki dodatek może nieco złagodzić całą stylizację. Szczególnie podoba mi się połączenie brązu z kremem, ecru i ciepłą szarością.
Nie bez znaczenia jest również to, że szalik nie musi pełnić wyłącznie funkcji nakrycia głowy. Po wejściu do pomieszczenia mogę po prostu zsunąć go na ramiona i ułożyć wokół szyi. Nie muszę zastanawiać się, gdzie schować czapkę ani co zrobić z fryzurą.
Wełniany szalik z Mohito jest więc dla mnie ciekawy nie tylko ze względu na skład, ale przede wszystkim przez możliwość noszenia go na kilka sposobów.
Szalik na głowie nie musi wyglądać staroświecko. Wystarczy inaczej go ułożyć, żeby pasował do współczesnych stylizacji
Najczęstsze skojarzenie z szalikiem zawiązanym pod brodą? Oczywiście babcia w zimowym płaszczu. I właściwie nie widzę w tym nic złego. Mam jednak wrażenie, że wystarczy drobna zmiana w sposobie wiązania, żeby uzyskać zupełnie inny efekt.
Zamiast mocno zawiązywać końce pod brodą, wolę pozostawić je swobodnie opuszczone z przodu albo przełożyć jeden przez przeciwległe ramię. Szal tworzy wtedy miękkie obramowanie twarzy, trochę przypominające luźny kaptur. Taki sposób noszenia szczególnie dobrze wygląda przy płaszczach z prostym kołnierzem i minimalistycznych kurtkach.
Przy klasycznym wełnianym płaszczu spróbowałabym jeszcze innego rozwiązania. Najpierw zarzuciłabym szal na głowę, a następnie owinęła jeden koniec wokół szyi, pozostawiając drugi z przodu. Całość można delikatnie poprawić przy policzkach, żeby materiał nie zasłaniał zbyt dużej części twarzy. W ten sposób powstaje miękka linia wokół głowy, która wygląda naturalnie i nie wymaga żadnych dodatkowych ozdób.
Ważna jest też fryzura. Przy krótkich włosach lub bobie zostawiłabym kilka pasm widocznych przy twarzy. Przy dłuższych najlepiej sprawdziłby mi się niski, luźny kucyk albo rozpuszczone włosy. Unikałabym natomiast wysokiego koka, ponieważ materiał może się na nim nierówno układać.
Zauważyłam też, że przy takim nakryciu głowy nie potrzeba wielu dodatków. Niewielkie kolczyki, prosta torebka i klasyczne buty w zupełności wystarczą. Szczególnie dobrze wyglądałby tu zestaw utrzymany w dwóch lub trzech kolorach, bez dodatkowych wzorów.
Czytaj także:
- Koleżanki myślą, że to jeansy marki premium, a ja je kupiłam w Pepco. Leżą jak ulał, a na dodatek mają boski kolor steel grey
- 113,99 zł za skórzane botki Lasockiego. Panie z szerokimi stopami mogą brać w ciemno. Online prawie wymiecione
- Miałam już szykować grube pieniądze na płaszcz, kiedy zobaczyłam tanią perełkę z Sinsay. Głęboki brązowy odcień, kaptur i podkreślona talia