Tani sweter z akrylu czy poliestru ma bardzo niską odporność na pranie i codzienne użytkowanie, szybko się rozciąga i mechaci. Jeśli rzecz za 80 złotych zniszczy się po czterech praniach, koszt jednego założenia to aż 20 złotych. Z kolei droższy sweter z naturalnej wełny, będziemy nosić przez lata. Wyższą cenę początkową zrekompensuje nam jego jakoś i wytrzymałość. Kupując tanie i nietrwałe ubrania, ulegamy jedynie iluzji oszczędności. Finansujemy system ubrań jednorazowych, na który patrząc z perspektywy czasu nikogo z nas po prostu nie stać.

WIDEO

player placeholder

Mechanizm ten najlepiej obrazuje słynna teoria butów Samuela Vimesa, która w prosty sposób wyjaśnia tak zwaną ekonomię ubóstwa. Pokazuje ona, jak brak gotówki na start uniemożliwia nam oszczędzanie w przyszłości. Konsument z większym budżetem może pozwolić sobie na jednorazowy, większy wydatek, kupuje porządne skórzane buty lub płaszcz z grubej wełny, które będą mu służyć przez lata. Osoba z ograniczonymi finansami wybiera tani, syntetyczny zamiennik. Taka rzecz niszczy się bardzo szybko, co zmusza nas do ciągłego kupowania kolejnych par czy sztuk. Końcowo kupowanie tanich zamienników generuje znacznie większe koszty, a my przez cały ten czas i tak korzystamy z rzeczy wadliwych i niewygodnych.

Dopaminowa pętla i góra śmieci

Dlaczego więc wciąż dajemy się na to łapać? Przemysł odzieżowy zaprogramował nasze mózgi. Zakupy w sieciówkach działają na nas jak fast food. Gdy widzimy niską cenę, w naszym układzie nagrody eksploduje dopamina, neuroprzekaźnik odpowiedzialny za ekscytację i motywację do działania. Co ciekawe, dopamina wydziela się w trakcie oczekiwania na nagrodę i w momencie płacenia, a nie z powodu samego posiadania rzeczy.

Zobacz także:

Ten zakupowy haj mija zaraz po wyjściu ze sklepu. Zostajemy z rzeczą kiepskiej jakości, satysfakcja znika, a mózg domaga się kolejnego bodźca. W ten sposób wpadamy w pętlę hiperkonsumpcji, a nasze szafy zapełniają się tekstylnymi śmieciami. Najgorsze jest to, że te ubrania mają zerową wartość, często nie da się ich odsprzedać, a przez wymieszane, sztuczne składy nie nadają się do recyklingu. Lądują na dnie szafy, generując w nas wyrzuty sumienia i frustrację: „mam pełną szafę, a nie mam się w co ubrać”.

Plastik na skórze, czyli koszt zdrowotny

Niska cena w sieciówkach wynika bezpośrednio z tego, że naturalne włókna zastąpiono tanimi polimerami syntetycznymi. Najpopularniejszy z nich, czyli poliester, to w uproszczeniu dokładnie ten sam plastik, z którego produkuje się butelki PET. Z kolei akryl to syntetyczna imitacja wełny.

Materiały te nie absorbują wilgoci i nie przepuszczają powietrza. Efekt? Zaburzona termoregulacja organizmu. W zimie w akrylowym swetrze jest nam zimno, a w cieplejsze dni w poliestrowej bluzce pocimy się. Pot w połączeniu z plastikiem staje się idealną pożywką dla bakterii, co natychmiast generuje nieprzyjemny zapach. Dochodzi do tego uciążliwe elektryzowanie się materiału, który przyciąga kurz i nieestetycznie lepi się do ciała.

Paranoja segmentu premium: sukienka za 900 zł

Jako konsumenci podświadomie używamy ceny jako uproszczonego wskaźnika wartości produktu. Zakładamy, że im coś jest droższe, tym z lepszych surowców zostało wykonane i wymagało większego nakładu pracy.

We współczesnym przemyśle modowym ta zasada nie jest przestrzegana. Odzież nazywana „premium” bardzo często posiada identyczny skład jak ta, którą możemy kupić w tanich sieciówkach. Sukienki za 800 czy 900 złotych wykonane są w 100% z poliestru a swetry za 400 złotych to kolorowy akryl. 

Dlaczego tak się dzieje? W tradycyjnym modelu biznesowym cena detaliczna była bezpośrednią pochodną kosztów produkcji: ceny szlachetnego surowca, takiego jak jedwab, len czy wełna oraz godziwego opłacenia rzemiosła. Dziś struktura wydatków marek odzieżowych wygląda zupełnie inaczej. Przeważającą część kosztów pochłania budowanie wizerunku: globalne kampanie reklamowe, kontrakty z influencerami, nowoczesny marketing narracyjny oraz utrzymanie salonów w najbardziej prestiżowych, drogich lokalizacjach.

W efekcie koszt wyprodukowania poliestrowej sukienki w azjatyckiej szwalni pozostaje niezwykle niski, często zamyka się w granicach kilku dolarów, podczas gdy cena na półce w Europie jest windowana przez marżę narzuconą na opłacenie całej machiny marketingowej. Konsument nie płaci za fizyczną jakość produktu, lecz za obietnicę statusu i przynależności do danej marki. 

Szafa kapsułowa i drugi obieg

Zamiast kilkudziesięciu przypadkowych ubrań kupmy kilkanaście świetnej jakości elementów o naturalnych składach (bawełna, wełna, len, jedwab), które idealnie do siebie pasują i pozwalają stworzyć dziesiątki różnych stylizacji. Posłużą nam na długo, a komfort użytkowania wynagrodzi nam większy koszt zakupu. Wełniany sweter będzie grzał nas w zimę - z idealna wentylacją, bez pocenia, len osłoni nas przez słońcem i przyjemnie przepuści chłodzący wiatr, a jedwabna koszulka utuli nas swą miękkością do snu. 

Co najważniejsze wysoka jakość, wcale nie musi oznaczać, że wydamy majątek. Dla osób, które chcą ubierać się mądrze i zdrowo, ale mają ograniczony budżet, kluczowa staje się ekonomia drugiego obiegu.

Wybierając platformy zakupowo–sprzedażowa czy lumpeksy, jesteśmy w stanie całkowicie przełamać teorię Vimesa. Kupując ubrania z drugiej ręki, omijamy ogromne marże korporacji, koszty marketingu i wysokie ceny nowej odzieży premium z galerii handlowych. W cenie poliestrowej bluzki z sieciówki możemy upolować sweter ze stuprocentowej wełny merino lub kaszmiru, który przetrwa lata. Nie generujmy popytu na nowy plastik, kupujmy ubrania ze szlachetnych tkanin. Kupując mądrzej i rzadziej, zaczynamy realnie oszczędzać.


Czytaj także: