Przygotowanie na kryzys zazwyczaj kojarzy się nam z paniką, kupowaniem kilogramów makaronu i ucieczką do lasu. Anna Zapolska udowadnia, że prawdziwy, racjonalny survival w obecnych czasach odbywa się w naszych kuchniach i przede wszystkim – w głowie. Ekspertka od miejskiego przetrwania przypomina, że prawdziwym sprawdzianem nie jest odpalenie krzesiwa, a wniesienie zgrzewki wody na piąte piętro, gdy nie działa winda.

WIDEO…

player placeholder

Gabriela Wysocka/polki.pl: Bardzo mocno podkreśla Pani, że to na kobietach spoczywa największy obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa w czasie kryzysu.

Anna Zapolska: Tak, jestem feministką i dążę do równouprawnienia, ale prawda jest taka, że w większości domów to kobiety zajmują się planowaniem, zakupami i domową logistyką. Badania pokazują, że nawet pracując na etacie, to my poświęcamy domowi więcej godzin. Jeżeli to kobieta robi zakupy, to de facto ona musi pomyśleć o tym, by w kuchni był zapas jedzenia i wody. Musimy też zdawać sobie sprawę z tego, że w sytuacji prawdziwego kryzysu mężczyźni mogą zostać powołani do wojska albo otrzymać zakaz opuszczania miejsca zamieszkania. Wtedy obowiązek zadbania o dzieci, a często też o starszych rodziców, spadnie wyłącznie na nas. Zresztą starsi rodzice to kolejny, często pomijany wątek. Myślimy: „wyjadę w bezpieczne miejsce”, a nie zastanawiamy się, czy nasi 80-letni rodzice w ogóle zgodzą się na opuszczenie swojego domu. Warto z nimi o tym planie porozmawiać już teraz.

Przygotowanie na kryzys kojarzy się dziś głównie z wojną i walką bronią w ręku, ukrywaniem się w lesie. Ale zanim ewentualnie dojdzie do eskalacji, mamy po drodze szereg innych zagrożeń.

Wojna w takiej formie, jaką kojarzymy najbardziej, czyli wkroczenie wojsk i okupacja całego kraju, jest w opinii wielu analityków najmniej prawdopodobnym scenariuszem. To jest ostatnia rzecz, o której powinniśmy myśleć. Mamy za to bardzo realne, codzienne zagrożenia: cyberataki, blackouty, przerwy w dostawie wody. Zamiast uczyć się survivalu w lesie, zastanówmy się nad bardzo podstawowymi rzeczami w naszych mieszkaniach.

Zobacz także:

Ludzie zarzucają Pani w komentarzach: „masz takie smutne życie, skoro ciągle myślisz o tych wszystkich zagrożeniach i ciągle się boisz”.

Jest dokładnie na odwrót. Ponieważ ja mam przygotowany plan, ustalone miejsce spotkania z mężem i zabezpieczone podstawy w domu – ja w ogóle się nie boję. Dla mnie posiadanie planu awaryjnego to jest jak zapinanie pasów w samochodzie. Zapinasz pasy i przecież nie myślisz przez całą drogę o tym, że za chwilę zginiesz w wypadku. Po prostu zapinasz je dla bezpieczeństwa.

Wiele osób myśli, że „w razie czego po prostu wsiadam w samochód i wyjeżdżam”. Pani ten mit obala. Dlaczego tak usilnie odradza Pani ewakuację z miasta jako plan A?

Bo to jest sprytna wymówka, żeby nie robić nic i ignorować przygotowania. Ewakuacja brzmi prosto, ale w praktyce jest dramatycznie trudna. Po pierwsze: finanse. Ilu Polaków ma oszczędności pozwalające na to, by rzucić pracę z dnia na dzień i przeżyć kilka miesięcy czy lat w innym miejscu? Przecież nie każdy pracuje zdalnie. Po drugie: szkoły i dzieci. Wyrwanie nastolatków z ich grupy rówieśniczej niesie ogromne koszty psychologiczne, nie zastanawiamy się, co dalej z ich edukacją. Po trzecie: logistyka. Jeśli ty wpadniesz na to, by wyjechać, wpadnie na to całe miasto. Staniesz w ogromnym korku i nie zatankujesz samochodu, bo stacje paliw zostaną ogołocone błyskawicznie lub paliwo będzie racjonowane. A jeśli stoisz w korku uciekając, stajesz się łatwym celem. Co więcej, wojsko może w ogóle zamknąć drogi wyjazdowe z miasta. Samolotem też nie odlecisz – przy jakichkolwiek zagrożeniach lotniska są zamykane w pierwszej kolejności.

Więc dom jest zawsze bezpieczniejszy?

Dom daje nam ogromny komfort psychiczny. Ewakuacja powinna być absolutną ostatecznością. Wyjechałabym tylko wtedy, gdyby do mojego miasta zbliżały się obce wojska (co prawdopodobnie wiązałoby się z odgórnym, obowiązkowym nakazem ewakuacji) albo gdyby życie w mieście stało się fizycznie niemożliwe – na przykład przez miesiąc nie byłoby wody i nie działałaby kanalizacja. I jeśli już musielibyśmy się ewakuować, doradzam bezpieczniejsze rejony Polski, na zachód od nas, a nie snucie nierealnych wizji o Hiszpanii, która ma najwyższe bezrobocie w Europie. Poza tym, pracując i płacąc podatki w Polsce, wspieramy własne państwo w kryzysie.

Mówi Pani też, by przygotowania na kryzys zacząć od zrobienia badań i zadbania o formę. To mało survivalowe podejście.

Sprawność fizyczna to absolutny fundament. Ludzie wyobrażają sobie ewakuację, a prawda jest taka, że wielu z nich ma dziś problem, by przejść pieszo jeden kilometr bez zadyszki. Wyobraźmy sobie wyłączenie prądu. Nie działają windy. Jeśli musisz wnieść wodę na piąte czy siódme piętro dla swojej rodziny, to bez kondycji tego nie zrobisz. Zróbmy badania profilaktyczne, wyróbmy kartę z grupą krwi. Zamiast wozić dzieci do szkoły autem, róbmy im te codzienne spacery dla zdrowia, oswajając ich z ruchem. Trzeba też poznać okolicę – gdy padnie GPS i telefony, musisz wiedzieć z pamięci, gdzie jest twój najbliższy szpital, przychodnia czy apteka. Warto wiedzieć, gdzie jest straż pożarna, bo to trzon obrony cywilnej, oni mają też agregaty prądotwórcze.

Żyjemy w świecie, gdzie za wszystko płacimy telefonem. Ile gotówki powinno być w naszej domowej „poduszce awaryjnej”?

Bardzo długo unikałam gotówki, ale w razie cyberataku i awarii terminali karta to tylko bezużyteczny plastik. Finansiści najczęściej podają kwotę między 500 a 800 zł na osobę, co daje około 2 tysięcy zł dla czteroosobowej rodziny w bezpiecznych nominałach. Jeżeli ktoś ma znacznie wyższy standard życia, powinien wypłacić tyle, by starczyło mu na 2 tygodnie funkcjonowania. Jeśli nie stać nas na odłożenie takiej kwoty jednorazowo, wypłacajmy i odkładajmy po 50 zł miesięcznie, budując to małymi krokami.

Czego najbardziej brakuje w naszych domach, by przetrwać kilkudniowy kryzys?

Często brakuje najprostszych rzeczy. Wiader do przeniesienia wody! Alternatywnego źródła ognia do gotowania – większość z nas ma teraz płyty indukcyjne, więc w razie braku prądu ugotowanie przygotowanych wcześniej kasz, makaronów i ryżu jest niemożliwe. Pomyślmy o zapasie gotowych dań. Warto mieć małą gazową kuchenkę turystyczną, śpiwory. Brakuje nam też gaśnicy domowej, a przecież ewentualne ataki z użyciem dronów wywołują właśnie pożary. Zapominamy o drobiazgach: zapasie baterii do radia, powerbankach, zapałkach. Nie myślimy też w ogóle o higienie. Zapas worków na śmieci kupuję przy każdych zakupach, tak samo jak środki menstruacyjne – podpaski, tampony. O tym się nie mówi w typowych, męskich poradnikach o survivalu, a dla nas to kluczowe. Warto mieć wśród zapasów mydło, pastę do zębów. Powinniśmy mieć też podstawowe leki domowe: przeciwbólowe, elektrolity, leki na biegunkę.

I tu płynnie przechodzimy do słynnego „plecaka ewakuacyjnego”. Jest Pani jego przeciwniczką?

Mam tu znowu bardzo niepopularną opinię. Nie mam spakowanego plecaka ewakuacyjnego. To, co mam, nazywam „pudłem bezpieczeństwa”. Wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy trzymam w dużym, plastikowym pudle. Po pierwsze, to dużo praktyczniejsze w domu – łatwiej z niego coś wyjąć i regularnie sprawdzać stan naładowania powerbanków czy latarek, gdy np. przychodzi SMS z alertem RCB. Spakowany i ciśnięty w głąb szafy plecak bywa zapominany, a sprzęt w nim ulega rozładowaniu. Po drugie, pakowanie takiego plecaka jest dla wielu kobiet bardzo trudne psychicznie. Rozmawiam o tym na szkoleniach, które prowadziłam i nie tylko dla mnie jest to problem – spakowanie plecaka to jak pogodzenie się z tym, że  będę musiała zostawić swój dom i dorobek całego życia. Spakowane pudło to inna forma zadbania o dom czy przygotowania. 

Więc te gotowe plecaki za kilkaset złotych to zły pomysł?

Widziałam gotowe plecaki ewakuacyjne, w których można znaleźć łom czy żyłki do łowienia ryb! Kto to wszystko będzie dźwigał w mieście?! I czy ktokolwiek, kto to kupił, potrafi użyć żyłki survivalowej i złowić w ten sposób rybę? Przecież jeśli będziemy musieli szukać schronienia, będziemy nocować u innych ludzi, w szkołach, świetlicach czy remizach – spaliśmy tak, a raczej gościliśmy w ten sposób Ukraińców. To nie będzie spanie w lesie w szałasie. W bagażu potrzebujesz przede wszystkim dokumentów, ciepłej odzieży, zmiany bielizny, leków, ewentualnie mapy okolicy (to jedyna rzecz z survivalowch, którą zalecam), a nie sprzętu komandosa. Nie polecam też popularnych tabletek do uzdatniania wody – w mieście woda jest pełna zanieczyszczeń chemicznych, których takie filtry i tabletki nie usuwają.

Jak w ten cały plan i przygotowania zaangażować dzieci tak, żeby ich niepotrzebnie nie straszyć?

Rozmawianie z dziećmi o bezpieczeństwie to nie przekazywanie im naszych lęków poprzez włączanie im i pokazywanie co wydarzyło się na świecie. Im daje poczucie bezpieczeństwa fakt, że rodzice mają plan i wiedzą, co robić. Ustalcie punkt spotkania – takie miejsce pomiędzy szkołą a domem, do którego dziecko bez problemu dotrze pieszo. Uczcie ich prostej zasady: uciekaj, ukryj się, walcz. Przy czym dzieci mają tylko uciekać lub się ukryć. Nie zgrywają bohaterów, nie ratują nikogo na własną rękę – od tego są dorośli. Bardzo dużo paniki wywołują też w nas alarmy. Były sytuacje, że podczas próbnego alarmu spanikowane matki gnały samochodami pod szkołę, powodując stłuczki i robiąc ogromne zamieszanie, wyrywając dzieci ze szkół bez wiedzy zgody nauczycieli. My, rodzice, musimy wiedzieć, że w szkole obowiązują procedury. Dzieci są tam pod opieką.

Rozmawiamy o rzeczach systemowych i domowych, ale rzadko myślimy o tych, którzy są najbliżej nas.

Zgadza się. Sąsiedzi. Internet trochę wypaczył nam wizję świata i wydaje nam się, że żyjemy w absolutnej anonimowości. Ja znam swoich sąsiadów od lat i wydaje mi się zupełnie naturalne, i po prostu kulturalne, by powiedzieć "dzień dobry" w windzie i wiedzieć, kto mieszka obok ciebie. W sytuacjach kryzysowych taka lokalna społeczność i świadomość, że obok jest ktoś, na kogo można liczyć, to ogromne bezpieczeństwo. Warto wiedzieć, czy ktoś w bloku jest ratownikiem medycznym, strażakiem czy na przykład "złotą rączką", ale także, czy mamy w bloku osoby starsze, czy z niepełnosprawnościami, żeby wiedzieć, kto będzie potrzebował pomocy.  

Podsumowując, jeśli nasza czytelniczka chce wziąć sprawy w swoje ręce – co konkretnie powinna zrobić dzisiaj wieczorem?

Sprawdzić ważność swoich dokumentów: paszportów, dowodów, wyrobić karty EKUZ, zebrać najważniejsze dokumenty w jednym miejscu (akty notarialne, akty małżeństwa, narodzin dzieci, dokumentację medyczną). To nic nie kosztuje, a ucieka nam z głowy. Potem warto przejrzeć szafki, zrobić racjonalną listę rzeczy, których naprawdę w domu brakuje (jak radio, gaśnica, latarka z bateriami) i co miesiąc po prostu kupować sobie jedną brakującą rzecz. A jeśli cały ten temat kogoś bardzo stresuje, najlepszym lekarstwem jest zaangażowanie. Zapisz się na darmowy kurs pierwszej pomocy. Kiedy zdobywasz wiedzę i zaczynasz działać, przestajesz się po prostu bać.

Anna Zapolska
mat. własne