placeholder-9f05df6
Taki właśnie miał być. Otwarty na słońce. Tak, żeby nawet zimą choć kilka promieni wpadło do sypialni. Sypialnie są cztery. A wszystkie z oknami zwróconymi na południe. O każdej porze roku łapią nawet najkrótszy promyk światła. We wnętrzach – żadnych zaokrągleń. Dyscyplina kąta prostego. Zatopionego w świetle. Bo światło chodzi za nami wszędzie. Wszędobylskie i nieokrzesane. Wlewa się przez wielkie, biegnące przez dwie kondygnacje okna i roztapia kanciastość domu.

WIDEO

player placeholder

Jego właściciele, Joanna Staniszkis-Czapska i Piotr Czapski – małżeństwo z gromadką dzieci, spędzili dziewięć lat w Stanach Zjednoczonych. Przywieźli fascynację architekturą Franka Lloyda Wrighta, podobnie jak oni oczarowanego Dalekim Wschodem. – Domy jego projektu – mówi właścicielka – choć powstały prawie sto lat temu, są proste i surowe w bardzo współczesny sposób. To nowoczesność idealna do mieszkania. Oswojona i przyjazna. Która nigdy się nie zestarzeje. Poza tym to doskonałe tło dla naszych kolonialnych mebli. Wright tak jak my kochał Orient.
Dom, trochę jak japońska pagoda, rozsuwa się na pagórkowatej działce. – Pagórki przypominają nam góry, w których się poznaliśmy – wspomina Joanna. – Od razu wiedzieliśmy, że tu zamieszkamy.
Dom na skarpie nie ma przed gośćmi niczego do ukrycia. Nie można się w nim zgubić. Można go, nie pokonując żadnych ograniczeń i barier, po prostu z dołu na górę, po schodach – obejść. Z każdego punktu – z antresoli, piętra, salonu i kuchni – można ogarnąć wzrokiem niemal całą przestrzeń. – Dom prawie bez ścian: osobnymi zamkniętymi przestrzeniami są oczywiście sypialnie i pokój kinowy na piętrze – komentuje swój projekt architekt – doskonale służy komunikacji domowników, pełni też rolę integracyjną. W częściach wspólnych – salonie, kuchni, jadalni z główną klatką schodową, pokoju rodzinnym otwartym na antresolę – wszystko widać jak na dłoni. Nikt nie musi nikogo szukać. Ani do nikogo krzyczeć. Można porozumieć się bez słów. Samą obecnością – tu jestem.
Poziomej kompozycji domu odpowiada charakter mebli. W ogóle mało tu melancholijnych i posępnych – zgodnie z teorią kompozycji – pionów. Dom trzyma się optymistycznej linii poziomej. Jak dwa identyczne jamniki, w salonie rozciągają się dwie duże kanapy. To pomysł architekta wnętrz Marii Tyniec. Stojący na prawo od wejścia stół w części jadalnianej też trzyma się tej „poziomej” zasady. Linie pionowe znaczą wysokie, biegnące przez dwie kondygnacje okna, doświetlające to najbardziej reprezentacyjne wnętrze. – Zieleń została na zewnątrz – mówi autorka projektu wnętrza. – W środku jest miejsce tylko dla oranżu, fioletu i czerwieni. Kolorów ognia i Orientu, które podkreślają intensywność zieleni za oknem. Pomarańczowa płaszczyzna ceramicznych kafli skacze do oczu już od wejścia do salonu. Jak abstrakcyjny, geometryczny, ognisty obraz.
Trochę tu jednak ascezy. Dalekowschodniej lekkości. I protestanckiego rygoru. Kolory nigdzie się nie rozłażą, przykrojone do ścian powtarzają swoją mantrę: „piony, poziomy”. Tafla czerwieni przypięta wielkimi pinezkami-kinkietami do ściany antresoli nie musi upominać się o uwagę. Na parterze, na ścianie między jadalnią i kuchnią, odpowiada jej pas fioletu. Fioletowa ściana w salonie czeka na obraz zaprzyjaźnionego z właścicielami Tomasza Tatarczyka.
Mebli jest niewiele. Nie narzucają swej obecności. Dalekowschodnie szafki i komody grają w tej wielkiej otwartej przestrzeni rolę ornamentu. Kondygnacje są dwie – trudno jednak o tym pełzającym po łagodnych pagórkach domu powiedzieć, że pilnuje hierarchii. Nie ma w nim miejsc gorszych i lepszych. Mniej lub bardziej docenionych czy dopracowanych. Wszędzie wpada dużo światła. A trzy radośnie merdające ogonami psy, na prawach domowników, mają własny, ogrzewany pokój z oknem i osobnym wejściem, tuż obok drzwi głównych.

Tekst Ewa Toniak
Stylizacja Anna Tyślerowicz
Zdjęcia Rafał Lipski

placeholder-f2e4f96

Zobacz także:

Salon. Deski podłogi, dwie ustawione symetrycznie kanapy zgodnie z zasadami perspektywy linearnej prowadzą oko do punktu kulminacyjnego – kominka. Ognista ściana z kafli to pomysł architekta wnętrz Marii Tyniec. A realizacja artystki ceramika Krystyny Kaszuby-Wacławek. Ogromne kafle są wykonane ręcznie

placeholder-1852e7c

Część salonu ma obniżony sufit. Tu, na piętrze, znajduje się pokój kinowy

placeholder-c850092

Widok na jadalnię i otwartą klatkę schodową. Ten dom nie ma nic do ukrycia. Nawet balustrada schodów to tafla szkła. Ściana wyłożona klinkierem (nawiązanie do elewacji) i meandryczny rysunek schodów także pełnią funkcję dekoracyjną. Fioletowa ściana czeka na obraz Tomasza Tatarczyka

placeholder-25eb834-1

Rzeźbiarskie, jak u Wrighta, potraktowanie przestrzeni. Przenikanie się, ale nie konkurencja partii jasnych i ciemnych, brył i płaszczyzn, kolorów i półcieni

placeholder-ba9a681-1

Antresola. Widok na hol prowadzący do czterech sypialni i kuchni na parterze. Czerwona orientalna ściana, na niej, jak dekoracyjny żart – „pinezkowate” kinkiety

placeholder-6ce17e7

Światło wlewa się do wnętrza przez okna wysokie na dwie kondygnacje. Pięknie łagodzi kanciaste kształty mebli i architektury

placeholder-605ac41-1

Kuchnia. Biel. Grafit i blade szarości. Neutralna, oczywiście kanciasta wyspa na środku kuchni. Żadnych zbędnych detali. Powściągliwe w formie meble. Królestwo porządku

placeholder-54f5c54

Łazienka. Surowa i prosta. Jedyne miejsce, z którego nie wygnano linii obłych. Kabina prysznicowa oddzielona od wnętrza tylko szybą. Ta sama co w całym domu zasada przejrzystości

placeholder-d9409ba-1

Sypialnie celowo zaplanowano od południa. Łapią nawet najkrótszy, zimowy promyk słońca

placeholder-4c37c8c-1

Basen. Zalany słońcem. Otoczony wchodzącą niemal do środka ponadstuletnią zielenią. Ulubione miejsce zabaw najmłodszych. Pasy klinkieru – to nawiązanie do elewacji. Pstrokata mozaika – do kolorów wody i piasku