Reklama

Uwielbiam koreańskie seriale o miłości, a pocałunki w „slow motion” działają na mnie niczym filmy dla dorosłych. Szczególnie jeśli zbliża mi się owulacja. No cóż, biologii nie oszukasz. I jedzenie. Bohaterowie każdego obejrzanego przeze mnie serialu (a uwierz mi, było ich naprawdę wiele) nieustannie jedzą. Jakby wspólne posiłki były jak te nasze swojskie, słowiańskie, babcine okazywanie miłości przez jedzenie. Kimchi, bibimbap, tteokbokki, bulgogi oraz mój faworyt - ciasteczka ryżowe nadziewane pastą z czerwonej fasoli adzuki. Mogłabym bez końca ekscytować się koreańską kuchnią. Gdy z przejęciem opowiadałam przyjaciółce o tym, że właśnie kupiłam pęczek cebuli dymki i ocet ryżowy, przerwała mi w połowie zdania: „A słyszałaś o PDRN?”. Nie słyszałam. Więc wtedy ona zaczęła opowiadać, że to absolutny hit, że jak spróbuję, to już nigdy nie wrócę do „starych” kosmetyków. I tu mnie miała. Musiałam się dowiedzieć, o co tyle krzyku.

Jak PDRN stał się viralem?

Szybko wpisałam w wyszukiwarkę hasło PDRN i dowiedziałam się, że to nic innego, jak wyselekcjonowane fragmenty DNA pozyskiwane z nasienia łososia, których struktura jest bardzo podobna, wręcz kompatybilna do naszego, ludzkiego DNA. Dlatego też kosmetyki z PDRN mają wysoką skuteczność. Działanie nie tylko kosmetyków, ale także preparatów medycznych bazujących na PDRN jest niezwykle szerokie. Okazuje się, że ten innowacyjny składnik preparatów pielęgnacyjnych:

  • pobudza naturalne procesy naprawcze skóry i stymuluje odnowę komórkową,
  • wspiera gojenie i odbudowę tkanek,
  • wygładza i wyrównuje koloryt cery,
  • zwiększa gęstość i elastyczność skóry oraz wygładza zmarszczki.

Nic zatem dziwnego, że Koreanki mają idealną cerę, a branża K-beauty przeżywa swój rozkwit. W sieci pojawia się wiele publikacji, filmików, rolek i wpisów na ten temat. PRDR to viral. Idąc dalej tym tropem, to z antropologicznego punktu widzenia viral działa jak plotka. A plotka to nic innego jak społeczne narzędzie kontroli. Bo przecież co ludzie powiedzą. I momentalnie zapaliła mi się czerwona lampka. Co sprawia, że ulegamy trendom? Skąd się w ogóle biorą i dlaczego podążamy za nimi w ciemno? O wyjaśnienie tych zawiłości poprosiłam Mirelę Batog, dydaktyczkę Uniwersytetu SWPS, psycholożkę i certyfikowaną psychoterapeutkę.

„Nie kupujemy produktu, kupujemy obietnicę”

Małgorzata Sztylińska-Kaczyńska: Ostatnio w mediach prym wiedzie K-beauty i kosmetyki PDRN, za chwilę może to będą inne innowacyjne produkty pielęgnacyjne. Stąd moje pytanie jest nieco szersze. Co sprawia, że podążamy ślepo za trendami?

Mirela Batog: Trendy nie biorą się „znikąd”, nawet jeśli mamy takie wrażenie. Najczęściej jest to dobrze zaplanowana strategia marketingowa, która bazuje na dobrze znanych regułach wpływu społecznego. I tutaj głównym mechanizmem kreującym trend jest społeczny dowód słuszności. Bo skąd się najczęściej dowiadujemy o danym trendzie? Kiedyś były to magazyny i gazetki dla kobiet, dzisiaj social media. Gdy widzimy w mediach społecznościowych tysiące kobiet stosujących np. 10 kroków koreańskiej pielęgnacji, nasz mózg będzie nas zachęcał do działania „jak wszyscy”, bo jest to skuteczne, bezpieczne i „tak trzeba”. Poza społecznym dowodem słuszności działa tu również efekt częstej ekspozycji. Im częściej widzimy dany produkt, np. bazujący na PDRN, tym bardziej się z nim oswajamy i możemy mieć pozytywną opinię, nawet jeśli go nie testowaliśmy.

Możesz wyjaśnić, co w takim razie „kupujemy”, sięgając po popularne, viralowe kosmetyki — poza samym produktem?

Podążając za trendami, nie kupujemy produktu, kupujemy obietnicę, którą on nam oferuje. Nie kupujemy kosmetyku, ale wizję siebie, która jest zdrowsza, młodsza, bardziej wypoczęta i ma poczucie kontroli nad swoim życiem.

Wspomniałaś o tym, że decydujemy się na zakup danego kosmetyku, bo mamy wewnętrzne przekonanie „bo tak trzeba”, „bo inni tak robią”. Jak porównywanie się do innych wpływa na nasze wybory kosmetyczne?

Tutaj pojawia się kolejny ciekawy mechanizm wpływu: kiedyś kosmetyki reklamowały modelki i kobiety chciały jak np. Cindy Crawford. Dzisiaj kosmetyki pokazuje dziewczyna taka, jak ja i ma coś idealnie dla mnie, bo mówi moim językiem, bo ma problemy, takie jak ja i skoro jej pomaga, to mi też. Jest to wpływ autorytetu: influencerki często występują w roli „ekspertek”. Słyszymy, że „testuję ten kremik już od miesiąca”, widzimy piękną cerę, co wyłącza nasz krytycyzm. My już nie gonimy za niedoścignionym ideałem. Musimy tylko powtarzać to, co robi podobna do mnie grupa osób. Jeśli tego nie zrobimy, może pojawić się lęk przed wykluczeniem (FOMO), a odstawanie od standardów grupy bywa ewolucyjnie postrzegane jako zagrożenie.

Brzmi to poważnie. Kiedy możemy się zorientować, że niewinne dbanie o wygląd stało się problemem?

Bardzo ważnym sygnałem ostrzegawczym jest moment, gdy pielęgnacja przestaje być przyjemnością, a staje się przymusem lub źródłem lęku. Jeśli całkowicie utożsamiamy naszą samoocenę, poczucie pewności siebie i własnej wartości z zawartością naszej kosmetyczki, to znak, że pielęgnacja wymyka nam się spod kontroli. Zapominamy, że nasza wartość zależy od tego, jak traktujemy innych ludzi, jak wykonujemy różne zadania społeczne, a nie od tego, czy mamy efekt „glass skin”.

Jak odróżnić self-care od presji perfekcji?

Społeczeństwo, kultura, media narzucają nam pewne postrzeganie nas samych, chociażby w potocznym przekonaniu, że kobieta to „płeć piękna”. Czy w skrajnych przypadkach obsesja na punkcie pielęgnacji może być szkodliwa?

Tak, może mieć to negatywne skutki psychiczne, fizyczne i ekonomiczne. Ciągła analiza składów i śledzenie nowinek wyczerpuje zasoby mentalne, wymaga dużego zaangażowania czasu i uwagi. Pojawia się też „klęska urodzaju”: zbyt duża liczba produktów może paradoksalnie powodować paraliż decyzyjny i zamiast przyjemności pielęgnacja staje się źródłem stresu. Częste zmiany kosmetyków, łączenie różnych składników aktywnych może pogarszać stan skóry. Pogoń za stale zmieniającymi się trendami, zakup kosmetyków „premium” nie jest też obojętny dla naszego portfela. Jeśli na koniec miesiąca nie spina nam się budżet, to warto prześledzić, ile wydajemy na kosmetyki i ile ich realnie zużywamy. Czasem mniej znaczy więcej.

W teorii brzmi prosto, szczególnie że ostatnio stają się modne hasła odwołujące się do dbałości o siebie i troski o własny dobrostan. Czy możesz wyjaśnić, jak odróżnić self-care od presji perfekcji?

Kluczem jest intencja naszego działania. W założeniu self-care robię to, bo to czuję miękką skórę, lubię zapach tego kremu. To podejście jest elastycznie – jeśli jednego dnia nie nałożę maski, nic się nie stanie. Na wyjazd mogę spakować jeden krem i jest ok. Kierując się perfekcją, pomyślę, że muszę to zrobić, żeby nie wyglądać źle, żeby inni nie ocenili mnie negatywnie. Towarzyszy temu napięcie i poczucie winy przy odstępstwie od rutyny. W presji perfekcji spodziewamy się bardzo surowej oceny i zakładamy, że inni ludzie wiedzą, jak wygląda nasza pielęgnacja, że zwracają uwagę na nasze pory skóry czy plamki pigmentacyjne i przez to tracimy na wartości jako osoby. Niestety, ta pogoń za ideałem nie ma końca, a jedyną nagrodą jest zmęczenie i frustracja.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama