Reklama

Kocham buty. Buty i torebki. Czasem wpadnie mi w oko taka perełka. I momentalnie zakochuję się w niej bez pamięci. A potem łapię się na tym, że strofuję się w myślach. A po co ci? A gdzie będziesz paradowała z tą torebką, której cena w promocji przekracza magiczne 800+? Do śmietnika z workiem pełnym zmieszanych? A może po ziemniaki do pobliskiego warzywniaka? Bo, mówiąc szczerze, od kiedy pracuję zdalnie, moja szafa przeszła radykalną przemianę. Botki na obcasie zamieniłam na wygodne sneakersy, a żakiet na ciepłą bluzę z kapturem. Czasem jednak muszę opuścić swoją gawrę i wygrzebać z czeluści coś, co nadaje się „do ludzi”. A tak się akurat złożyło, że ostatnio spotkałam się ze szwagrem i szwagierką. W pewnym momencie na tapet wjechała historia opowiedziana z przymrużeniem oka o wyjściu szwagierki do osiedlowego sklepu. A puenta brzmiała mniej więcej tak: w małej miejscowości do sklepu nie wypada iść „po domowemu”. I wtedy poczułam się jak pomysłowy Dobromir. Nad moją głową zapaliła się żaróweczka. Wiedziałam, muszę ci o tym opowiedzieć.

Psychologiczne mechanizmy autodewaluacji

Przestrzeń domowa najczęściej postrzegana jest przez nas jako bezpieczna. To tu możemy zdjąć maskę, odrzucić odgrywaną rolę i wskoczyć w wygodne dresiki. Często jednak ubrania przeznaczone do noszenia „po domu” są znoszone, poplamione, rozciągnięte, zmechacone, przyciasne, zbyt luźne, niemodne. Ich stan jasno wskazuje, że już dawno wypadły z obiegu. A jednak z sentymentu, dla oszczędności, z przyzwyczajenia wciąż je nosimy. No ale, w czym problem? Nie licząc bliskich, nikt nas w ich nie widzi, nie ocenia, nie wytyka palcami. A poza tym nikt mi nie będzie mówił, co mam robić. W moim domu. W XXI wieku.

Tymczasem psycholodzy są zdania, że ubieranie się na co dzień w ciuchy „gorszego sortu” nie jest dla nas neutralne. Takie praktyki wpisują się w proces autodewaluacji – cichego, niewidzialnego, powtarzalnego obniżania poczucia własnej wartości w sytuacjach, w których nie spodziewamy się bycia ocenianą. W tym kontekście autodewaluacja jest subtelna, rozproszona i dlatego nie zawsze zdajemy sobie z niej sprawę. Jednak im dłużej powtarzamy ten schemat, tym mocniej upewniamy się w przekonaniu, że nasze poczucie wartości jest zależne od kontekstu i od tego, czy jesteśmy widziane przez osoby postronne. Nieświadomie utrwalamy w sobie przekonanie, że troska o wygląd jest uzasadniona wyłącznie w przestrzeni publicznej, jako odpowiedź na oczekiwania innych. W psychologii mechanizm ten określany jest mianem warunkowej samoakceptacji: dbamy o swój wygląd tylko wtedy, gdy nasze ciało spełnia funkcję reprezentacyjną. A w takiej sytuacji stajemy się nośnikiem wizerunku, a nie podmiotem doświadczenia.

W ujęciu psychologii okazywanie sobie mniejszej troski w domowych pieleszach, czyli w przestrzeni, w której relacja z samą sobą powinna być najpełniejsza, może mieć na nas destrukcyjny wpływ. Świadczą o tym nasze wybory i czyny, które niosą ze sobą komunikat: twoje ciało nie jest warte uwagi. A to już krok od negatywnej oceny samej siebie.

Strój domowy jako element kulturowej hierarchii

Z perspektywy antropologicznej podział na ubrania „wyjściowe” i „domowe” wpisuje się w system symboliczny, który porządkuje nasze codzienne praktyki. Jak ławo zauważyć, strój domowy sytuuje się na najniższym poziomie tej hierarchii – jest nieoficjalny i pozbawiony prestiżu. Niewidzialny. Roland Barthes zauważył, że ubranie nie jest tylko namacalnym przedmiotem, ale również znakiem osadzonym w sieci kulturowych znaczeń. A mówiąc prościej, powinniśmy zrobić krok w tył i z dystansu, z szerszej perspektywy spojrzeć na to, w co się ubieramy i na to, jakie znaczenie niosą za sobą elementy naszej garderoby. Brzmi banalnie, ale w praktyce to nie jest takie proste. Bo nierzadko racjonalizujemy swoje wybory, nawet te najbardziej absurdalne.

To, co teraz napiszę, będzie brzmiało jak... samo spełniająca się przepowiednia. Albo jak bajka. Tylko nie daję absolutnie żadnej gwarancji, że na końcu wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Bo figura kobiety jest kulturowo silnie uwikłana w sferę domową, prywatną. A ta nie istniałaby, gdyby nie sfera publiczna i wszystko to, co stoi w opozycji do domowego ogniska. Zgodnie z tą zasadą istnieje tu prosta dychotomia. Jeśli wyjście z domu potrzebuje specjalnej „oprawy” i jest ona waloryzowana pozytywnie, to strój domowy, a tym samym my same, już nie. Z antropologicznego punktu widzenia strój domowy, a w zasadzie jego estetyka i bagaż symboliczny, odzwierciedlają także społeczne role i nierówności. Pracując z domu i pracując w domu, często rezygnujemy z indywidualnej ekspresji. A zgodnie z proponowaną narracją, kobieta, która nie istnieje w przestrzeni publicznej, przestaje być widzialna. Bo modne, drogie, lepszej jakości ubrania pozostają przywilejem przestrzeni publicznej. Działając zgodnie z tym kulturowym schematem, wcielamy w życie narrację, od której chcemy uciec.

Bądź ładna, nawet gdy nikt nie patrzy

Gdyby tak krytycznie spojrzeć na postać kobiety odzianej w niezbyt elegancki strój domowy, to można się pokusić o stwierdzenie, że straciła swoją podmiotowość. I została zdegradowana do funkcji – w domu jest opiekunką, kucharką, sprzątaczką, psycholożką i zarządza nieruchomością. Mało tego. Jest uwikłana w mechanizmy, które zdaniem Naomi Wolf jawią się jako wymóg bycia atrakcyjną - nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy. I nie jest tylko sprawą estetyki – to narzędzie kontroli. Tym samym pozornie dobrowolna rezygnacja z dbałości o siebie w domu (w sferze prywatnej) staje się podporządkowaniem kulturowemu systemowi wymogów: kobieta stawia swoje potrzeby na samym końcu, a jednocześnie cały czas pozostaje w gotowości do spełniania norm estetyki, atrakcyjności, gdy znajdzie się w przestrzeni publicznej (lub gdy zostanie do tego zobligowana).

Jednak w gruncie rzeczy współczesne idee feminizmu zwracają uwagę na coś zupełnie innego. Bo nie chodzi o to, żebyśmy od teraz myły okna w sukniach balowych lub pracowały poza domem odziane w stare łachmany. Chodzi o prawo do autonomii – bo nasze ciało pozostaje podmiotem także wtedy, gdy nikt nie patrzy. Bo to jak wyglądamy, jakie nosimy ubrania, czy się malujemy, czy też nie, nie powinno wynikać z chęci podporządkowania się normom estetycznym, lecz być afirmacją samej siebie. Bo to każda z nas decyduje o tym, jak chce wyglądać, niezależnie od oczekiwań innych. I wcale nie musi się z tego tłumaczyć. I koniec kropka.

Bibliografia:

  • Barthes, R., „Mitologie” Warszawa 1999;
  • Barthes, R., „System mody”, Kraków 2005;
  • Bordo, S. „Nieznośny ciężar”. Warszawa 2003;
  • Brach-Czaina, J., „Szczeliny istnienia”, Kraków 1999;
  • Butler, J., „Uwikłani w płeć” Warszawa 2008;
  • Entwistle, J., „Ciało i moda”, Kraków, 2015;
  • Giddens, A., „Nowoczesność i tożsamość”, Warszawa 2001;
  • Wolf, N., „Mit urody”, Warszawa 1014.

Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama