"Czujemy się źle, sięgamy po najgorsze rzeczy". Monika Jurczyk o tym, że styl potrafi zmienić życie
Stylistka Monika Jurczyk, znana w świecie internetowym jako OSA, to kobieta, która doskonale wie, jak moda wpływa na nasze postrzeganie samych siebie. Potrafi być jak zbroja, przez którą nikt się nie przebije, a jednocześnie odzwierciedlać to, co aktualnie dzieje się w naszym życiu. OSA opowiedziała nam o tym, jak radzić sobie z modowymi wyzwaniami na co dzień.

Zaczynałam dwadzieścia lat temu, byłam pierwszą w Polsce personal shopperką. Oczywiście były już wtedy piękne magazyny i stylistki modowe, ale ja wymyśliłam sobie, że będę chodzić z klientami na zakupy. Dziś już wiem, że nowy styl naprawdę potrafi zmienić życie, rośnie pewność siebie, idziesz po podwyżkę, zmieniasz pracę… czasem nawet męża – mówi Monika Jurczyk, OSA, autorka trzech książek o stylu oraz licznych kursów, które pomagają kobietom odnaleźć własny pomysł na modę.
Polki boją się wyróżnić
Katarzyna Troszczyńska: Gdybyś miała wskazać najczęstszy błąd modowy, który my, Polki, popełniamy…
Monika Jurczyk: Nie wiem, czy to błąd, ale boimy się, co ludzie powiedzą, boimy się wyróżnić. A przecież mamy gust, mamy potrzebę dbania o siebie. Zresztą nasza historia to pokazuje, nawet kiedy w sklepach nie było niczego, nasze babcie i mamy kombinowały, szyły, chodziły do krawcowych, zdobywały materiały spod ziemi. Przywiązujemy więc wagę do ubioru, tylko w pewnym momencie dajemy się zamknąć w schematach i przestajemy eksperymentować. Wydaje nam się, że jak zrobimy coś nie tak, to świat się zawali. A moda to nie operacja na otwartym sercu, można się pomylić. Tymczasem stylistki w internecie nadal krzyczą: tego nie możesz, to psuje wizerunek. I kobiety przestają próbować, a żeby odnaleźć styl, trzeba się pomylić milion razy. Patrzeć na swoje zdjęcia i sprawdzać: czy to jestem ja, czy to mnie wyraża.
W Polsce ludzie roszczą sobie ogromne prawo do komentowania wyglądu. Oczywiście, do tego jest mnóstwo przekonań, jak powinna wyglądać kobieta: po urodzeniu dziecka, po czterdziestce, jako „poważna” osoba. I naprawdę potrzeba odwagi, żeby się temu sprzeciwić.
Potrzebujemy też odwagi, żeby być widziane. Bo kiedy się wyróżniasz, wystawiasz się na ocenę: jedni pochwalą, inni skrytykują. Druga rzecz to przekonanie, że klasyka zawsze się obroni i nigdy się nie starzeje. A klasyka też się starzeje. Warto ją raz na jakiś czas uaktualnić i wprowadzić coś od siebie.
Powiedziałaś kiedyś: „Lepiej czasem przesadzić niż zniknąć w szarym worku”.
Teraz pewnie nie byłabym już tak ostra w wypowiedzi. Sama nadal wolę się wyróżniać, ale szanuję i rozumiem, że nie każdy tego potrzebuje. To bardzo zależy od naszej stylowej osobowości. Drugie to, że z ubraniami jest jak z piosenkami: najchętniej nosimy te, które już znamy.
Kobiety zgłaszają się do ciebie w jakichś konkretnych momentach życia? Zauważyłaś jakieś tendencje?
Tych momentów jest dużo, ale znowu wracamy do odwagi. Trzeba ją w sobie mieć, żeby przyznać, że potrzebuje się pomocy. Społeczne oczekiwanie jest takie, że jeśli jesteś kobietą, to powinnaś wiedzieć, jak się ubrać. A przecież wiele kobiet ma zupełnie inne pasje, inne kompetencje, często po prostu nie ma czasu, żeby zastanawiać się nad szafą. Samo powiedzenie: „okej, nie radzę sobie i chcę to komuś oddać” jest pierwszym krokiem.
Ale gdybym miała powiedzieć o konkretnych etapach, to sporo trafia do mnie kobiet po urodzeniu dzieci. To dość graniczny punkt w życiu, gdy nie jesteś już osobą, którą byłaś wcześniej, ale jeszcze nie wiesz, kim jesteś teraz. Zmienia się ciało i nagle przestajesz się w nim odnajdywać. Wtedy dziewczyny zaczynają szukać siebie na nowo, uczą się, trafiają na moje kursy, na platformę, to jest taki moment składania siebie od początku.
Ale to może być też rozwód, wejście w singielstwo, chęć poznania kogoś, pokazania siebie światu trochę bardziej. Czasem to moment zawodowy. Nie masz odwagi poprosić o podwyżkę, zmienić pracę czy zawód, wtedy potrzebujesz ubrań jak zbroi. Ubrań, które pomogą ci zrobić ten krok.
Właśnie, bo to jest chyba ważny temat i rzadko poruszany. Miałam już kilka rozmów o modzie i często pojawia się wątek, że jeśli ktoś się nią nie interesuje, to na co dzień ją trochę wypiera. A przecież ubranie jest komunikatem, coś mówi nie tylko innym, ale też nam samym. Kiedy zakładamy ten przysłowiowy szary worek, niby jest wygodnie, ale nie czujemy, że możemy podbijać świat. A jednak strój potrafi dodać odwagi.
To jest zresztą potwierdzone badaniami: kiedy czujemy się źle, sięgamy po najgorszą rzecz ze swojej szafy. To takie błędne koło: wybieramy coś, co nas nie wspiera, więc czujemy się jeszcze gorzej. Dlatego warto to sobie uświadomić albo po prostu nie mieć w szafie takich rzeczy. Chcesz dres? W porządku, ale niech to będzie dres, w którym czujesz się jak milion dolarów. W dobrym kolorze, nowoczesny, taki, w którym nadal czujesz się sobą. Ubrania naprawdę mogą nas na co dzień wspierać.
Problem polega na tym, że wokół mody narosło mnóstwo mitów. Często myślimy, że osoby zajmujące się modą są próżne i tylko patrzą w lustro. A to nie o to chodzi. Moda to komunikat: co chcesz powiedzieć światu i jak chcesz zadbać o siebie. Jeśli poświęcisz 5, maksymalnie 15 minut dziennie i zastanowisz się, jaka chcesz dziś być i jaki cel chcesz osiągnąć, to robi to ogromną różnicę. Szczególnie u kobiet, które są tak skupione na byciu dla innych - w pracy czy w domu, że samo danie sobie tych kilkunastu minut jest aktem odwagi i zajęcia się sobą.
Moda może być symbolem nowego życia
Czy trafiają do ciebie kobiety w kryzysie, po rozstaniu, po zmianie ciała, kiedy chcą się wzmocnić i czy widzisz, że poprzez ubrania naprawdę odzyskują akceptację siebie i odwagę?
Mam mnóstwo bardzo mocnych, osobistych historii, więc może opowiem jedną, bardziej neutralną. Mam swój flagowy kurs, nazywa się „Master of Inner Style”. To dziesięć kroków do własnego stylu, ale tak naprawdę ma niewiele wspólnego z ubraniami. Bardziej dociera do ciebie prawdziwej i do twoich przekonań. I właśnie po tym kursie widać największe zmiany, bo kobiety zaczynają rozumieć czego potrzebują.
Pamiętam dziewczynę, która przyjechała na nasze spotkanie klubowe w różowych butach i różowej spódnicy. Powiedziała, że po kursie odkryła, jak bardzo „ubiła” w sobie wewnętrzną dziewczynkę, tak była przygnieciona obowiązkami, szarością i codziennością. I postanowiła dać tej dziewczynce różowe buty, o których zawsze marzyła. Mówiła, że to zupełnie zmieniło jej podejście do życia.
Bo założyła te różowe buty, widziała, że ludzie patrzą i ją oceniają, ale ona czuła radość. To też pokazuje, że ubrania mogą nas podnosić. My traktujemy modę śmiertelnie poważnie. A przecież kiedy Moschino wypuszcza torebkę w kształcie bagietki, Internet się oburza, zapominając, że moda może być zabawą, rozrywką, chwilowym wyrwaniem z kieratu. Dla mojej klientki różowe buty były symbolem nowego życia i zgody na to, że czasem może być lekko.
Rozumiem, że ona sobie dała prawo, żeby w ogóle pielęgnować tą swoją dziewczęcą część?
Tak. Zrozumiała, że może mieć w życiu więcej luzu, może zająć się swoim hobby czy samą sobą. Nie musi być cały czas taka śmiertelnie poważna i obowiązkowa.
A odwrotne przypadki? Kiedy kobiety właśnie chcą się przebić, dodać sobie odwagi?
Kiedyś prowadziłam warsztaty charytatywne zorganizowane przez opiekę społeczną. Poproszono mnie, żebym pomogła kobietom, które zaczynały od nowa, uciekły z opresyjnych relacji i próbowały stanąć na nogi. Moim zadaniem było przygotowanie ich do rozmów kwalifikacyjnych. Przywiozłam trochę ubrań, nic spektakularnego: proste dżinsy, czerwona marynarka, biała koszula i porządne buty. Jedna z kobiet, kiedy to założyła, spojrzała w lustro i zamilkła. Zapytałam: „Jak się czujesz?”. Odpowiedziała: „Czuję, że mogę być taka jak one”. - „Jakie one?” - „Te kobiety, które pracują, osiągają sukcesy i są niezależne”.
Kiedy ubierasz się inaczej, zaczynasz myśleć o obrazach, które masz w głowie, o kobietach sukcesu z telewizji czy gazet. Nagle wyglądasz jak one, więc to przestaje być abstrakcją. Staje się bliższe i bardziej realne. Wychodzisz z rozwleczonego swetra i zgrzebnej spódnicy, wyostrzasz się, to pomaga wyostrzyć się też w życiu. To była niesamowita historia, bo później ta dziewczyna faktycznie znalazła pracę i zaczęła sobie radzić.
Dlatego kiedy chcesz zmienić pracę, możesz przyjrzeć się kobietom, które są w miejscu, w którym ty chcesz być, i spróbować się tak ubierać. Zobaczyć, jak to wpływa na twoją psychikę. To nic nie kosztuje, a może bardzo pomóc. I to nie dotyczy tylko korporacji. Ubranie może wspierać budowanie marki osobistej.
Zawsze podziwiałam Katarzynę Bondę za jej piękne sukienki, byłam też pod wrażeniem stylu Katarzyny Puzyńskiej - mocnego i wyrazistego.
Jeśli znajdujesz swój wyróżnik stylu, to bardzo buduje markę. To w moim systemie „Master of Business Image” taki czwarty krok. Politycy robią to od zawsze. Gdy myślisz „Jacek Kuroń”, widzisz jego dżinsową koszulę, gdy „Monika Olejnik”, od razu pojawiają się szalone buty i blond włosy. I tak samo jest w każdej branży. Ja Katarzynę Bondę też właśnie kojarzę z pięknymi sukienkami.
Każdy z nas ma jakiś wyróżnik, ale on może się zmieniać, bo my się zmieniamy.
I to jest kolejna pułapka, myślenie, że styl określamy raz na zawsze. To niemożliwe. Jeśli się rozwijasz, twój styl rozwija się razem z tobą. Niektóre rzeczy zostają, inne odpadają i to jest naturalne. Pułapką jest też zamknięcie się w schemacie: skoro moim znakiem rozpoznawczym są golfy, to już nigdy nie mogę z nich zrezygnować. A przecież bywa tak, że styl zmienia się razem z etapem życia. Kiedy masz bardziej szalony czas, nosisz bardziej szalone rzeczy, a gdy przychodzi spokojniejszy etap, naturalnie ciągnie cię do prostszych form i kolorów.
Odpowiednia stylizacja potrafi zmienić nawet... męża
Jakie były twoje początki pracy zawodowej?
Zaczynałam dwadzieścia lat temu, byłam pierwszą w Polsce personal shopperką. Oczywiście były już wtedy piękne magazyny i stylistki modowe, ale ja wymyśliłam sobie, że będę chodzić z klientami na zakupy. Nie wpadłam na to sama. Wcześniej chciałam być polityczką, ale na studiach w Krakowie trafiłam do agencji modelek, potem zaczęłam współpracować z markami odzieżowymi i nagle okazało się, że moje serce jest właśnie tam. Pracowałam też w sklepie jako visual merchandiser i kompletnie mi to nie pasowało, korporacja to nie jest mój charakter, jestem zbyt uparta i lubię działać po swojemu.
Któregoś dnia przyjechała do mnie przyjaciółka z Londynu. Siedziałyśmy na kawie i opowiedziała, że jej bogata kuzynka była na zakupach w Harrodsie, obsługiwał ją personal shopper. Mówiła, czego potrzebuje, a on przynosił dwadzieścia par spodni, ona w tym czasie piła szampana. Moja przyjaciółka nagle rzuciła: „Ty mogłabyś to robić! Nazwij się osobista stylistka — patrz, jak to dobrze brzmi po polsku, OSA, już masz logo”.
Pomyślałam: faktycznie mogłabym. Tylko w Polsce to był jeszcze za wczesny moment, żeby ktoś płacił za siedzenie w galerii i przynoszenie ubrań, więc wymyśliłam tę usługę po swojemu — całą ścieżkę klienta. Za nią dostałam później nagrodę Dobry Wzór 2010 Instytutu Wzornictwa Przemysłowego.
Najważniejsze było to, że ktoś był cały czas ze mną. Mogłam dopasować wszystko do konkretnej osoby, zastanowić się, co do niej pasuje, a co nie, naprawdę pracować z człowiekiem. To była duża zmiana w branży — i mam wrażenie, że mimo upływu lat nie wszyscy to rozumieją. W pracy osobistej stylistki reflektor jest na kliencie, nie na tobie. Nie na twoim stylu ani wizji, tylko na nim.
Dziś pracuję głównie na czymś, co nazywam stylową osobowością — to moja teoria zbudowana przez te dwadzieścia lat. Sylwetka zeszła na dalszy plan, choć na początku drogi nadal warto ją znać i mieć ubrania, które wspierają pewność siebie. Później można łamać wszystkie zasady, ale kiedy boisz się opinii innych, dobrze mieć oparcie.
Zawsze biorę też pod uwagę życie osoby, z którą pracuję. Łatwo zrobić spektakularną metamorfozę, gdy ktoś przychodzi w dresie i chce kreację na sylwestra. Dużo trudniej — i ciekawiej — zbudować naprawdę dobrą garderobę codzienną: ubrania na odwożenie dziecka do szkoły, do pracy czy zwykłe życie. Kiedy uwzględnisz wszystkie te unikalne składniki to okaże się, że z każdym pracuje się inaczej i styl każdego wygląda inaczej.
Kim były twoje pierwsze klientki?
To byli głównie mężczyźni. Dopiero później zaczęłam to analizować i zrozumiałam, że im było po prostu łatwiej przyznać się, że sobie z tym nie radzą. W Polsce długo działał taki schemat: najpierw mężczyzn ubierała matka, potem dziewczyna, a później żona. A to były już czasy zmiany, większego singielstwa, momentu pomiędzy jednym a drugim etapem. Mężczyźni przestali przechodzić od razu od mamy do żony, tylko mieli czas wolności, eksperymentowania i nagle okazywało się, że nie mają się w co ubrać. W wyszukiwarkę Google wpisywali „pomoc w zakupach” i tak mnie znajdowali. Nie dlatego, że chcieli wyglądać lepiej czy interesowali się modą. Chcieli mieć w szafie cokolwiek, a nie wiedzieli jak się do tego zabrać. A kiedy zaczęłam z nimi chodzić na zakupy i ruszyła poczta pantoflowa, z czasem zgłaszały się też ich koleżanki. Potem zaczęłam pojawiać się też w mediach.
Dziś rynek z jednej strony się zmienił, a z drugiej wcale nie. Dziewczyn, które się tym zajmują, jest dużo, ale jeśli chcesz być naprawdę dobra i profesjonalna, musisz trzymać się pewnych standardów. Jest też oczywiście wiele osób, które robią to świetnie– i jestem dumna, że chyba połowa personal shopperów w Polsce to osoby po moich kursach. Czasem czytam opinie: „byłam u ciebie, a potem sama zaczęłam pracować”, i to jest super.
Zawsze się bałam, że jeśli ktoś pójdzie do stylistki, która tych standardów nie trzyma, to uzna całą usługę za beznadziejną. A to naprawdę potrafi zmienić życie, rośnie pewność siebie, idziesz po podwyżkę, zmieniasz pracę… czasem nawet męża.
Męża?
Kiedy rośnie pewność siebie, zaczynają się dziać różne rzeczy. Nie wiem, czy wszystkie nadają się do opowiadania, ale to wcale nie jest rzadkie. Kobiety, odnajdując siebie poprzez ubranie, nagle odkrywają, że to, jakie są, przestaje pasować do związku, w którym są. To jest taki ruch do przodu — najpierw w stylu, a potem w życiu. Trenujesz mięsień odwagi w ubiorze, a później ta odwaga zaczyna działać też w innych obszarach.
Mam jednak też historie zupełnie odwrotne, równoważące. Wspaniali mężowie, którzy widzieli, że ich żona znika, gubi siebie, przestaje o sobie pamiętać. Dzwonili i mówili: „Pani Moniko, ja za wszystko zapłacę, byle ona poczuła się lepiej”. Wtedy robiłyśmy kompleksową metamorfozę, włosy, makijaż, cały dzień ze mną. Pamiętam klienta, który przyjechał z północy Polski do Krakowa tylko po to, żeby jego żona odzyskała siebie. To było naprawdę poruszające.
I co ciekawe, to wcale nie chodzi o modne ubrania. Bardzo często ważniejsze są dodatki. Możesz mieć prostą czarną sukienkę, ale ktoś założy do niej turban, bransoletki, świetną torebkę i nagle wygląda zupełnie inaczej. Dobre dodatki podnoszą nawet ubrania z sieciówki o kilka poziomów. Zresztą inwestycja w dodatki bardziej się „zwraca”, bo nosisz je częściej. Ubrania się zużyją, a dobra torebka czy buty zostają na lata.
Klasyka też nie jest jedna. To, jak nosisz ubrania, ma większe znaczenie niż to, co nosisz, czy podwiniesz rękawy, czy spod swetra wystaje kawałek białego T-shirtu, czy pojawia się dodatkowa warstwa. Jeśli masz tylko sweter i jeansy, to jest płasko. Ale gdy spod swetra delikatnie coś wystaje, nagle pojawia się głębia. To są niuanse, które nie mają nic wspólnego z zasobnością portfela ani nawet z zainteresowaniem modą tylko z patrzeniem.
Dlatego często mówię: spróbuj odtworzyć stylizację, którą widzisz w internecie, z własnej szafy. Jest duża szansa, że masz te rzeczy, tylko nigdy ich tak nie połączyłaś. I nie zdejmuj po pięciu minutach, daj sobie dzień, żeby się przyzwyczaić.
Największą blokadą są przekonania. Że moda jest próżna, droga, że nie wypada się wyróżniać, że „to nie dla mnie, inne kobiety mogą, ja nie”. Ile razy to słyszę, i jak bardzo my same trzymamy się na smyczy, nie pozwalając sobie zabłysnąć.
Żona klienta z północy Polski nabrała pewności siebie? Zmieniło się coś w jej życiu?
Tak, pracowałyśmy ze sobą długo i do dziś mamy kontakt. Z niektórymi klientami po prostu nawiązuje się relacja, lubisz ich i zostają z tobą na dłużej. U niej zmiana była duża. Ale to dla mnie zawsze było ważne, kiedy ktoś kupował usługę w prezencie, najpierw musiałam porozmawiać z obdarowywaną osobą. Jeśli ona tego chciała, pracowałam. Jeśli czułam, że ktoś próbuje kogoś zmienić na siłę, odmawiałam. Wszystko zależało od intencji. Jeżeli była to chęć pomocy, podniesienia nastroju, pewności siebie - w porządku. Ale jeśli ktoś chciał kogoś „naprawić”, to wiedziałam, że nic z tego nie będzie.
Miałam kiedyś telefon od mamy: „moja córka ma 20 lat i ubiera się jak dziecko, trzeba to zmienić”. Tyle że jeśli ktoś sam nie chce, to nawet najlepsza stylistka świata nic nie zrobi.
Czy ubieranie wiąże się też z konfrontacją z ciałem? Bo dopóki chowamy się za ubraniami, możemy wiele rzeczy ignorować, a tu nagle trzeba zobaczyć siebie naprawdę — nie po to, żeby oceniać, tylko żeby poznać i polubić...
Dla mnie kluczowa jest wdzięczność wobec ciała. Sama mam endometriozę czwartego stopnia i często mnie boli, więc kiedy zaczynam mieć do siebie pretensje, że źle wyglądam albo że rozmiar się zmienił, wracam do myśli: ono działa, niesie mnie, pozwala być z dzieckiem, iść na spacer, żyć. Ten powrót do wdzięczności bardzo pomaga poczuć się w swoim ciele dobrze.
Jestem bliżej tego niż szukania listy atutów i wad, bo bardzo często właśnie te „niedoskonałości” są twoją unikalnością. Styl wręcz ich potrzebuje, inaczej robi się wystudiowany, jak z internetu. Musi być odrobina nonszalancji: czasem pasek nieidealnie dobrany, coś lekko niedopięte. To buduje indywidualność.
A od czego zacząć zmianę?
Małymi krokami. Nie trzeba od razu wiedzieć wszystkiego. Jak już wspomniałam, można nawet spróbować odtworzyć stylizację, którą widzisz u kogoś, często masz te rzeczy w szafie, tylko inaczej je zestawiasz. I nie zdejmować po pięciu minutach, tylko dać sobie dzień na oswojenie.
Teraz i tak większość mojej energii idzie w klub, to platforma, gdzie są masterklasy, materiały, ale przede wszystkim dziewczyny publikują swoje zdjęcia i wzajemnie się inspirują. Część przychodzi po wskazówki, a część jest już tak dobra, że inspiruje inne. Jeśli ktoś szuka stylistki, najlepiej napisać do mnie, chętnie polecam dziewczyny po moich kursach.
Monika Jurczyk, Osa, Sama o sobie mówi: „stylistka, która wspiera kobiety”. Zaczynała ponad 20 lat temu, gdy w Polsce nikt jeszcze nie słyszał o „personal shopper”. Autorka takich książek jak: „Styl bardzo osobisty”, „Bądź boska” czy „Szefowa swojej szafy”. Na Uniwersytecie Jagielońskim prowadzi zajęcia z „Kreowania wizerunku”.
Czytaj także:
- "Kobiety bardzo przywiązują się do rozmiarów ubrań". Michalina Grzesiak i Marta Langwald o presji w dążeniu do "idealnej" sylwetki
- Urlop bez męża i dzieci to fanaberia? „Nieważne, co ktoś sądzi o twoim życiu, to nie jego życie”
- Top 3 jeansy dla niskich kobiet. Te modele optycznie wydłużają sylwetkę

